Podsumowanie – Orczy Raport

- Wolniej psia mać! Pisarz pisać nie nadąża!

W małej izdebce, spośród kłębów dymu z dwóch koksowników, ledwo zobaczyć można było trzy postacie. Pod ścianą, przy małej lampce, kucał pokręcony przez wiek i blizny ork ze zwojem słabo wyprawionego pergaminu i przekrwionymi od pisania w ciemnościach oczami. Obok niego siedział zwalisty setnik uruków, który wracając z musztry zdjął z siebie większość uzbrojenia i niedbale rzucił je w drugi kąt pomieszczenia. Izdebka była w końcu jego biurem, sypialnią, jadalnią i miejscem gdzie chłostał podkomendnych, więc – co oczywiste, była też i zbrojownią. Obaj zajęci byli słuchaniem raportu stojącego na środku pomieszczenia orka. W rzeczywistości żaden nie mógł się na tym skupić, gdyż skryba zajęty był bardziej próbą nadążenia za szybko padającymi słowami, a setnik zgodnie ze zwyczajem wszystkich niższych oficerów darł się wniebogłosy na zdającego raport. Ten jednak niewiele sobie z tego robił. Stał tak jak przybył z patrolu – boso i w zardzewiałej kolczudze i wiedział dobrze, że krzyki są w Dol Guldur uświęconą tradycją, a jego raport spodoba się jego dowódcom, do których zresztą wrzeszczący uruk wcale nie należał – miał tylko odebrać sprawozdanie i wypłacić nagrodę…

- Jeszcze raz, a powoli! Przyszliście z resztą tej hołoty do Puszczy szukać jakiegoś waszego zbiega. Nie znaleźliście go, a zamiast tego…?

- …spotkaliśmy łowczynię wysłaną stąd od szefów. Kazała rzucić wszystko i łapać jakąś pokrakę w lesie. Spodobało się to drużynie, wreszcie co do roboty było…

- Ale tego, no… czegoś, nie znaleźliście?

- My nie, ale miejscowi znaleźli. Ślady zostawiał… bali się go… pozbyć się go z lasu chcieli…

- Miejscowi jeszcze żyli? Trza było wyciąć, zjeść i ograbić!! Co mają do waszych poszukiwań!?! Co z ciebie za herszt?

Ork w zardzewiałej kolczudze zaczął się irytować. Drący się uruk udawał kogoś kim nie był – kogoś ważnego. Oj, niech go spotka gdzie pod murami twierdzy na uboczu, to mu ten jego krzywy nochal…

- A to mieli, że lasy znali, a nasza łowczyni, za srebro, w układ z parszywym krasnoludzkim karczmarzem weszła. Zbierał zlecenia od ludzi i sam swoje dodawał. My je robiliśmy. My mieliśmy lepsze układy bo robiliśmy je lepiej i częściej od wrednych elfów, koniarzy, wojów z południa i z północy oraz reszty wrogiej hołoty. My zbieraliśmy nagrody. Więc jak w końcu ludzie namierzyli stwora jak spał w krzakach to poszli z tym do krasnoluda, a on miarkując, kto lepiej sobie radzi, do naszej łowczyni puścił cynk, a nie do tego szelmy w szarym płaszczu, który dowodził wrogami i też chciał capnąć pokrakę.

- Co za jeden? Mów łamago!

- Tark jakiś, nie wiem – ze złamanym mieczem chodził. Wolni się go słuchali, ja bym mu drogi nie zachodził, by go o miano pytać…

- I potem była bitwa?

- Była, bo chcieli zdobycz wyrwać, ale byliśmy dzielniejsi i wywalczyliśmy łowczyni z bydlakiem na łańcuchu drogę do Upiora, który przybył go odebrać. I polała się krew i było komu łby pootwierać i gardła rzezać. A że srebra dużo łowczyni karczmarzowi wypłaciła za zlecenia to i brodacze po naszej stronie stanęli. Chociaż pokłócili się srogo wcześniej, to nie bardzo chcieli swoich bić. No, ale tarcze mieli szerokie… użyteczni byli.

- I co?

- I wszystko, nie będę się przeca mieszał w sprawy Upiorów! Czy ten kaprawy łotr spisał już, co miał spisać? Długo mam tu jeszcze stać jak kołek? Nie jestem tu wysłuchiwać twych głupawych wrzasków, tylko odebrać nagrodę obiecaną przez łowczynię…

Stary ork w kącie pokiwał zawzięcie głową. Spisał już wszystko. Widział miny rozmówców i wiedział do czego zaprowadzi dalsza rozmowa dwóch zniecierpliwionych sług Oka. Zwłaszcza, że drugą po wrzaskach tradycją Czarnej Twierdzy były bójki, także niższych oficerów. Wiedział też, że w bójkach jakimś dziwnym trafem najmocniej bici są ci, którzy nie biorą w nich udziału…

Tymczasem setnik spurpurowiał na gębie ze złości. Pohamował się jednak widząc, że „gość” jest uzbrojony i na nogach, a on sam, nie dość że siedział, to jeszcze rzucił swoje graty w drugi kąt izby. Za daleko – pomyślał – szkoda zdrowia. Z pewną rezygnacją rzucił więc przed siebie przyniesione tu wcześniej ze skarbca trzosy, po czym na poprawę humoru wykrzyczał ile sił w płucach.

- A wynoś się Ty i zabierz stąd całą tą hałastrę! Raport spisany i nie potrzebuję już słuchać jak mielesz tym wrzodatym ozorem. Ani oglądać wrednej gęby tej tam u progu, którą sprowadziłeś tu ze sobą!

Dowódcy patrolu nie trzeba było powtarzać, zręcznie schwytał trzy sakiewki, zajrzał do wszystkich, zwarzył w ręku po czym odwrócił się na pięcie i rzuciwszy pod nosem parszywe przekleństwo na pożegnanie, skierował się ku wyjściu z zakopconej izdebki. Minął w drzwiach zaczepioną przed chwilą przez setnika kapitan umbarskich korsarzy, która całą rozmowę wysłuchała oparta o niegdysiejszą framugę drzwi prowadzących do pokoju i która pod nosem uśmiechała się na myśl o miejscach w ciele orka, w których – za tekst o wrednej gębie – z przyjemnością umieściła by sztylet trzymany pod jej kubraczkiem. Obdarzyła setnika bezgranicznie pogardliwym spojrzeniem po czym odwróciwszy się, poszła za orkiem w rudej kolczudze. Idąc korytarzem odebrała swój trzosik i odruchowo zważyła go w dłoni. Oboje w milczeniu zeszli na dół i zbierając po drodze swoich podkomendnych, po czym wyszli na zewnątrz. U rozbitych wrót wewnętrznego dziedzińca spotkali oddział sprzymierzonych dzikich ludzi z Rhudauru. Ich herszt – jasnowłosa kobieta – co u nich jest rzadkością, wstała od ogniska i podeszła do nich spokojnym krokiem. Odebrała od orka swoją sakiewkę, zważyła ją w dłoni (ach, te odruchy najemników Oka!) po czym rozglądając się na boki zadała półszeptem tylko jedno pytanie:

- Spytał o srebro zarobione u karczmarza?

Ork i korsarka uśmiechnęli się konspiracyjnie. Pytająca, zrozumiawszy to jako odpowiedz, również skwitowała to szelmowskim uśmiechem. Tak właśnie pojmowali dobrze załatwioną robotę.

To taka, którą opłacono dwa razy!