Dziennik Dalijczyka

Dzień pierwszy na Polach Gladden, wieczór

Niech przeklęte ognie pochłoną Wroga i wszystkie jego sługi! Dziś w końcu dotarliśmy na Pola Gladden, gdzie czekał na nas Nieznajomy. Spotkaliśmy się z nim po zmroku, pokazał nam miejsce, w którym mamy na niego czekać jutro rano. W krótkiej rozmowie zostaliśmy ostrzeżeni o krążących w okolicy patrolach Orków, Umbaru i Rhudauru. W pośpiechu rozeszliśmy się w stronę obozów.  Po chwili usłyszeliśmy jednak naszego towarzysza, który biegł w naszą stronę krzycząc o zasadzce  – jak się okazało, oddziały Wroga oczekiwały go kawałek dalej. Doszło do szybkiego starcia, przerwanego przez dowódców nawołujących do odwrotu. Ponoć, do obozu dotarł jakiś lokalny mieszkaniec budzący niemałe zamieszanie i chciał nam coś przekazać. Ciekawe kim on jest…

 

Dzień drugi na Polach Gladden, ranek

Jak się okazało, w naszym przyczółku, przy ognisku, dołączyła do nas Zmiennoskóra imieniem Medlin z plemienia Beorningów. Pocieszyła nas wiadomością o tym, że nasz przyjaciel zdołał uniknąć schwytania i ostrzegła, że jeśli nie uszanujemy lasu, przyjdzie nam spotkać się z jej gniewem. Wyraźnie nie życzyła sobie obecności ani naszej, ani wrogów. Chciała zachować neutralność i stwierdziła, że w zamian za pomoc w jej staraniach, mających na celu odbudowę okolicznych wiosek, odwdzięczy się nam. Taką samą ofertę złożyła Siłom Ciemności. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że ich dowódcy nie są w stanie docenić jej i pozostaną taką samą brudną, hałaśliwą i irytującą bandą, która nie spodoba się Medlin. Ponadto, wspomniała o dziwnych kupcach kręcących się w okolicy. Z opisu wynikałoby, że pochodzą z odległych krain i mogą współpracować z Wrogiem. Co robią tak daleko od ojczyzny? Musimy to zbadać i poznać ich zamiary. Tymczasem, pora już ruszać. Dzisiejszy dzień będzie pracowity.

 

Dzień drugi na Polach Gladden, wieczór

Dziś chyba nikt nie będzie spał spokojnie. W ciągu dnia został zaatakowany nasz prowizoryczny obóz w lesie. Trzymaliśmy tam zapasy, a strzegli go Strażniczka oraz jej towarzysz, Wojownik. Mimo tego, jak wspaniale potrafią posługiwać się mieczem, wrogów było zbyt wielu. Na szczęście, zniszczenia nie okazały się zbyt duże. Jedyną większą stratą był nasz sztandar. Zmiennoskóra wspominała, że ten, kto wykaże się w walce i zdobędzie wrogi proporzec, a także zdoła utrzymać swój, zyska w jej oczach. Cóż, dziś to przypadło w udziale naszym przeciwnikom. Wędrując po lesie razem z Ëreth kilkukrotnie natknęliśmy się na wrogie patrole. Zdecydowanie dominowały nad nami siłą i liczebnością, lecz na szczęście udało nam się uniknąć walki. Odnaleźliśmy obóz kupców z Khandu. Twierdzili, że podróżują w celach handlowych, a swoje obozowisko rozbili oczekując swych towarzyszy, z którymi się rozdzielili. Poprosili, byśmy dostarczyli wiadomość do Strażniczki stacjonującej w naszym obozie, oraz o kilka przedmiotów potrzebnych im do wykonania jakiejś wróżby. Spełniliśmy ich życzenia, za co szczodrze się nam odwdzięczyli. Nie wydają się być złymi ludźmi. Ponadto, dzięki nim uniknęliśmy ataku ze strony umbarskich korsarzy. Jeśli są związani z Siłami Ciemności, budzą w nich nie lada respekt. Co więcej, spotkaliśmy znanego mi wcześniej barda, Gladwiga. Z niewiadomych przyczyn był ścigany przez wrogie jednostki. Ciekawe, czemu jest on dla nich tak istotny? Chyba czas kończyć z pisaniem na dziś. Właśnie przybyły oczekiwane posiłki, które mają nas wspomóc w zwycięstwie.

 

Dzień trzeci na Polach Gladden, ranek

Po porannej naradzie zostało postanowione: przegrupujemy się i ruszymy dziś zdecydowanie większą siłą bojową. Ja, wraz z grupą elfów i ludzi z różnych krain, zaatakuję obóz wroga, by zdobyć ich sztandar. Stanowimy, wraz z połową naszej grupy, straż tylną i mamy przybyć z odsieczą w razie większego oporu w obozie. Tymczasem, moje rodaczki wraz z krasnoludami udadzą się polować na umbarczyków i orki. Czeka nas nie lada wyzwanie. Czas ruszać.

 

Dzień trzeci na Polach Gladden, noc

            Zostaliśmy zdradzeni. Zdradzeni i oszukani. Ale zacznijmy od poranka. Dzień zaczął się dobrze. W drodze do obozu wroga napotkaliśmy Beorninga. Była wyraźnie niezadowolona z zachowania orków i umbarczyków, więc chętnie dołączyła do nas w ataku na ich przyczółek. Na miejscu zastaliśmy wiedźmę, która rozpoczęła dyskusję z naszą towarzyszką. Nie mogliśmy usłyszeć o czym mówiły, lecz efekt był następujący – ona odda nam sztandar Sił Ciemności, a w zamian my nie będziemy jej nękać. Przystaliśmy na tę prośbę. Nie było sensu odmawiać, jeśli możliwym było uniknięcie rozlewu krwi. Opuszczając obóz spostrzegliśmy członków plemienia Rhudauru. Ruszyli w naszą stronę, lecz z pomocą przyszła nam Zmiennoskóra (chwała jej za to!). Dała nam dość czasu na ucieczkę. Rozdzieliliśmy się na 3 grupy. Dowódczyni elfów, Meoi, wraz z młodym Vaerilem i sztandarem wrogich sił, ruszyli na przełaj przez las w stronę naszego obozowiska. Wraz z Gondorczykiem Atnerunem, Rohirrimką Eocwen, oraz Strażniczką Nerwen wyruszyliśmy północnym szlakiem do obozu, zaś od południa do niego miał zajść patrol elfów. Spotkaliśmy także Gladwiga, który do nas dołączył i nasze w tym szczęście, albowiem to on swym wyczulonym słuchem muzyka jako pierwszy usłyszał szpetną mowę orków i umbarczyków. Wracali z naszego obozu. Muszę przyznać, że krew w nas zawrzała na dźwięk ich pełnych radości głosów. Szybko ukryliśmy się w krzakach, a gdy nas mijali, zaatakowaliśmy nie okazując litości. Padli szybko pod uderzeniami naszych mieczy. W pośpiechu ruszyliśmy do naszego obozu obawiając się, co możemy tam zastać. Odnaleźliśmy tam bandę wściekłych krasnoludów szykujących się do wymarszu w pościg za wrogiem. Dowiedzieliśmy się, że póki co, wrogi sztandar jest wciąż w naszych rękach, co było dobrą wiadomością w tej sytuacji. Nie zwlekając uzupełniliśmy zapasy wody i ruszyliśmy wraz z nimi. Na miejscu zastaliśmy dwóch aroganckich piratów i Wiedźmę, lecz zaszła w niej pewna zmiana od naszej ostatniej wizyty. Była wrogo nastawiona i każdy z nas czuł dreszcze na plecach widząc jej pełne zła i wrogości spojrzenie. Wycofaliśmy się, albowiem zdążyliśmy dostrzec, że nie ma tam naszego sztandaru, a to był najważniejszy cel tej wyprawy zbrojnej. Wiedzieliśmy jedno – tak długo, jak wróg nie ma swojej chorągwi, nasza jest dla nich bezużyteczna. Nie pozostało nam nic innego jak się rozdzielić i udać różnymi drogami do obozu. Tam czekała na nas Zmiennoskóra. Była zadowolona i postanowiła nam pomóc. Zaprowadziła nas nad płynącą w okolicy rzekę. Spotkaliśmy tam Nieznajomego, który brodził w wodzie szukając czegoś na dnie. Z obu stron drogi wychyliły się paskudne pyski orków i korsarzy, a także ludzi wschodu. Byliśmy uwięzieni. Bez wątpienia marny byłby nasz los, gdyby nie człowiek, który nas tu przyciągnął. Wyszarpnął coś z mułu krzycząc, że w końcu odnalazł to czego szukał, po czym zerwał z siebie koszulę. Wszyscy zobaczyliśmy dziwny, nieznany nam symbol wymalowany na jego torsie. Po chwili rozpoznaliśmy go, jako białą dłoń. Jak się okazało, nie był to grób jego przodka, lecz miejsce w którym spoczęły szczątki Isildura. Trzymając kurczowo swe znalezisko obrócił się i ruszył przed siebie, a za nim, zgodnie z rozkazem jednego z największych orków, jakich dane mi było widzieć, rzuciły się w pogoń oddziały Sił Ciemności. Część naszych natarła na nich przez rzekę, zaś reszta została, by walczyć na suchym lądzie z drugą grupą. Bitwa nie została rozstrzygnięta, żadna ze stron nie zdołała przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść. Wkrótce dowódcy zaczęli nawoływać do odwrotu. Obie armie cofnęły się, zbierając rannych. Zmiennoskóra była nam wdzięczna za pomoc i pogratulowała, albowiem przegnaliśmy oddziały Wroga z tej ziemi. Jednakże nam daleko było do radości. Zostaliśmy oszukani. Zarówno „Potomek Szlachetnego Rodu” jak sam siebie określał Nieznajomy, oraz Szary Przyjaciel nigdy nie mieli na celu dobra świata. Byliśmy dla nich tylko marionetkami służącymi do osiągnięcia swojego celu. I ten cel został na naszych oczach osiągnięty. Kimkolwiek jest ten, kto posługuje się symbolem białej ręki, bez wątpienia stanowi zagrożenie i koniecznym jest, by mu się przeciwstawić, walczyć z nim i go pokonać. Ognisko powoli przygasa. Większość mych towarzyszy została zmorzona snem i chyba powinienem pójść w ich ślady. Jutro wyruszamy. Jeszcze nie wiemy gdzie, ale pewne jest jedno. Nie możemy pozwolić, by to, co zostało znalezione przy Isildurze trafiło w niepowołane ręce.