Wezwanie Króla Nazguli

Gęsta mgła spowijała bagno. W oddali  widać było nikłe światła ognisk. Przy kilku z nich siedzieli w niewielkich grupkach najemnicy, Korsarze i Orkowie. Powietrze było przesycone wilgocią, potęgującą uczucie zimna. Ludzie rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami, zaś Orkowie warczeli na siebie od czasu do czasu. Wiszący w powietrzu niepokój, powodował coraz bardziej nerwowe zachowanie ludzi. Orkowie, jakby nieświadomi napiętej atmosfery, wciąż na siebie powarkiwali. Nagle zapadła martwa cisza. Nawet dokuczliwe do tej pory insekty zamilkły, a w oczach istot zebranych przy nielicznych ogniskach pojawił się strach. Gdy przez zasnute oparami mgły moczary przetoczył się upiorny krzyk, jeden z ludzi poderwał się i zaczął uciekać w panice. Chwilę później dał się słyszeć krótki, urwany wrzask i plusk wody. Wielka bestia rzadko porośnięta piórami wylądowała niezgrabnie na spłachetku suchej ziemi.  Na grzbiecie tego upiornego wierzchowca siedziała budząca grozę postać odziana w czerń. Na głowie miała koronę wykutą ze stali. Przybył Król Nazguli, Czarnoksięznik z Angmaru. Orkowie poderwali się jak jeden mąż i trzęsąc się ze strachu podeszli do Upiornego Władcy. Ludzie odważali się tylko wstać i nie drgnęli nawet o krok. Król Nazguli zaczął mówić:

,,Udacie się śladem oddziału Thaliona… Wiem, że zmierzają do Mrocznej Puszczy… Macie odzyskać lewą rękawicę z krasnoludzkeigo zestawu i lepiej, żeby wam się udało… Przez Mroczną Puszczę przeprowadzą was Dzicy Ludzie z Dunlandu… Spieszczie się… Spotkamy się na miejscu…”

Bez ostrzeżenia bestia poderwała się w powietrze i zniknęła w chmurach. Orkowie w pośpiechu zaczęli pakować swe rzeczy i przygotowywać się do wyprawy. Ludzie jeszcze przez moment stali w osłupieniu, po chwili również zaczęli się przygotowywać do forsownego marszu. Dym z naprędce gaszonych ognisk szybko zmieszał się z wcszechobecną mgłą, zasnuwając okolicę posępnym całunem.