Opowiadanie ,,Los Vilima”

Opowiadanie ,,Los Vilima” napisane przez Elistyar, Vilien, Vilim.

Vilimowi wracała świadomość. Zdał sobie z tego sprawę, gdy powrócił dotkliwy ból. Wolałby pozostać nieprzytomnym. Przynajmniej w ten sposób mógłby uniknąć dalszych tortur.
Niemal odcięte ucho zakrwawiło lewy bok, a głęboka rana na lewym ramieniu promieniowała bólem.
- Ocuccie go! – głos kapitana Yoho był przepełniony złością.

Pech prześladował Vilima od niedawna, jednak od tego momentu nie opuszczał go ani na chwilę myląc każdy jego krok i psując każde działanie. Zaczęło się gdy znalazł dziennik krasnoluda. Vilim miał misterny plan, dzięki któremu mógłby uwolnić się od przysięgi złożonej dawno temu Ustom Saurona, a jednocześnie wspomóc sprawę swoich nowych przyjaciół. Wystarczyłaby odrobina szczęścia, a wszystko poszłoby inaczej.
Miał spotkać się z Nazgulem, przekazać mu bezużyteczną część Dziennika. Liczył na to, że upiór, spełniając jedynie wolę swego pana, nie będzie w stanie odkryć jego podstępu. Zapierająca dech w piersiach groza, jaka zawsze towarzyszyła Ulairim, była niezaprzeczalnym atutem kiedy chodziło o wymuszanie posłuchu i wypełnianie rozkazów Saurona, jednak ich zmysły były przytłumione. Istniała więc szansa, że podstęp zostałby odkryty dopiero w Barad-Dur, a wtedy Vilim miał być już daleko stąd, bezpieczny wśród nowych przyjaciół, których poznał niespodziewanie pośród wojennych zawirowań.
Jednak na miejscu spotkania zamiast Nazgula pojawił się Mulirandir Thalion pozostający pod wpływem mrocznej klątwy. Może nie był tak przerażający jak upiory, jednak jego przewrotna inteligencja i spostrzegawczość były dużo bardziej niebezpieczne.

Chlust wody przywrócił go całkiem do rzeczywistości. Otoczony przez zbieraninę sług Saurona nie miał drogi ucieczki. Zresztą więzy skutecznie powstrzymałyby jego kroki, nawet gdyby zobaczył lukę w otaczającym go kręgu Korsarzy z Umbaru, Haradrimów, Orków z okiem Saurona wymalowanych na tarczach i przedstawicieli paru innych ludów służących Mordorowi.
- Gdzie oni są? – dopytywał Yoho. Gdy nie doczekał się odpowiedzi na Vilima spadł kolejny cios, rozcinając mu skórę na twarzy.
- Rozstałem się z nimi wczoraj… – odpowiedział Vilim, ksztusząc się. Tajemnicę runy Udun już z niego wydobyli zanim stracił przytomność.

Pech nie opuszczał go nawet na chwilę. Któryś z korsarzy widział ten krótki moment, w którym Vilim wcisnął bez dłuższych wyjaśnień parę kartek w ręce Elistyara. Nawet to się nie powiodło.

- Gadaj! – warknął kapitan Yoho.
- Nie zdradzili mi swoich planów. – Vilim próbował grać na czas, jednak Yoho nie utrzymałby się jako kapitan okrętu umbarskich korsarzy przypadkiem, pozostając ślepy i wierząc każdemu słowu. Jego przenikliwość i nieufność nawet wobec swoich najstarszych oficerów była dobrze znana.
Kolejny cios złamał Vilimowi nos.
- Loraku! Jego nogi już mu się nie przydadzą. Wiesz co masz zrobić. Tylko się nie spiesz. Ma długo cierpieć.
Ork wyszczerzył kły w okrutnym uśmiechu. Warknięte w Czarnej Mowie rozkazy ruszyły z miejsca dwóch jego podwładnych. Jeden wyciągnął nogi Vilima, drugi w brutalny sposób przygniótł go plecami do ziemi. Lorak wyciągnął swój zakrzywiony oręż i zabrał się za wypełnianie rozkazu.
Ostrze przesunęło się wzdłuż piszczela lewej nogi rozcinając skórę, dochodząc do kości i trąc o nią ze zgrzytem. Eksplozja bólu przeszyła Vilima wstrząsając nim całym. Dopiero po sekundzie zdał sobie sprawę, że wrzask jaki słyszał był jego własnym.
- Wystarczy! Nasz więzień chyba chce nam o czymś opowiedzieć. – Powstrzymał orka Yoho. – Vilimie, może jednak obejdzie się bez tego?
- Mieli odnaleźć Thaliona… – wydyszał Vilim.
- Co?
Lorak, wyraźnie rozczarowany, odsunął się o parę kroków.
- Mieli odnaleźć Thaliona… – powiedział jeniec. – Wiedzą, jak zdjąć urok Morgulu… Odprawią rytuał…
Na twarzy Yoho pojawiły się równocześnie zaskoczenie, gniew i … coś jeszcze… głęboko ukrywany strach.
- Co? – ryknął kapitan korsarzy. – Przeszukać las! – wykrzyczał odwracając się do swoich ludzi. – Przeszukać las! Muszą być gdzieś niedaleko! Nie pozwólcie by rytuał się odbył!
W obozowisku zapanował chaos. Każdy chwytał za broń, zbierał swoje rzeczy. W minutę obóz opustoszał i zaległa cisza, przerywana jedynie szumem liści i odległym krzykiem ptaków.
Vilim zdał sobie sprawę, że został całkiem sam. Korsarze odebrali mu wszystko, co miał. Zostało mu jedynie potargane ubranie. Ruszył powoli w kierunku porzuconego sprzętu mając nadzieję, że odnajdzie jakiś ostry przedmiot, którym przetnie więzy. Musiał się spieszyć. Jeśli ktoś przypomni sobie o nim i wróci zanim on się uwolni, będzie po nim. Zapewne podetną mu gardło bez wahania.
Siły opuściły jeńca zanim zdołał przeszukać choćby część obozowiska. Rany na nogach krwawiły obficie, a więzy na kostkach i związanych z tyłu rękach wpijały się boleśnie. Położył głowę na ziemi i miał się już poddać, gdy jego wzrok padł na tlące się jeszcze parę kroków od niego popioły ogniska. To dało mu na tyle sił, że doczołgał się do żaru. Chwytając gorące węgle w gołe dłonie począł przepalać więzy dusząc w sobie jęk bólu.
W końcu więzy poddały się, a Vilim padł na ziemię by odpocząć. Szybko jednak podniósł się na nogi. Gdzieś tam, zapewne niezbyt daleko ważyły się losy jego przyjaciół, Mulirandira, jak i rękawicy. Vilim podjął szybką decyzję: mógł uciekać w las, ratować się, jednak nigdy nie mógłby żyć ze świadomością, że stchórzył, nie próbował wspomóc przyjaciół przeciwko sile niewolącej jego lud.

Krok za krokiem brnął przez las. W końcu natknął się na pierwsze zwłoki. Przeszyte strzałami elfich łuczników ciało korsarza było początkiem pobojowiska. Walka zakończyła się już jakiś czas temu, jednak nigdzie nie było widać śladu Mulirandira.
W końcu Vilim dotarł na miejsce rytuału. Wśród kręgu jarzących się błękitnym blaskiem kamieni klęczał ranny Mulirandir, przed nim trzy elfki: Vilien, Fanuilos i Tinweniss. Obok leżała rękawica. Rytuał w zasadzie dobiegał już końca i jedna z postaci podała najemnikowi jego broń i chciała pomóc mu wstać wierząc, że wszystko poszło zgodnie z planem. Vilim czuł, że zaraz nastąpi katastrofa, jednak zanim zdążył wykonać najmniejszy gest Mulirandir chwycił rękawicę, błyskawicznie dobył szabli i ranił odprawiające rytuał, nim same zdołały chwycić za broń. Chwilę później rzucił się do ucieczki. Między drzewami zatrzymał się jednak i odwrócił. Spojrzał obłąkanym wzrokiem w stronę Vilima.
- Dziękuję, że oddaliście mi wolną wolę. Teraz służę Morgothowi, – wykrzyczał najemnik.
Mulirandir zniknął między drzewami a po chwili dało się jeszcze usłyszeć jego triumfujący krzyk, w którym wyraźnie pobrzmiewało szaleństwo.
- W imię Oromego!

Vilim opadł na kolana, ciemność ogarnęła jego umysł a czas płynął niezauważenie. Wokół poddani Thranduila opatrywali rannych, chowali zmarłych, uprzątali pobojowisko. Ktoś próbował pomóc pogrążonemu w rozpaczy Haradrimowi, lecz po chwili ten odtrącił opatrujące jego rany ręce i pobiegł w mrok lasu, nie oglądając się za siebie.
Vilim nie liczył godzin, dni, nie był w stanie jasno myśleć. Trawiła go gorączka od otrzymanych ran, błąkał się bez zmysłów między drzewami. Czarna rozpacz drążyła jego duszę równie silnie jak zakażenie trawiło jego ciało.
Potykając się o korzenie w ciemności padł na kolana. Tuż przed nim, w mroku poruszyła się postać. Umysł Haradrima ocknął się.
- A kim Ty jesteś?
- Widziałeś już takich jak ja, – odpowiedział mu złowrogi głos w ciemności. – Jestem jednym z Zabójców z Pałacu Węży. Masz zginąć z mojej ręki. Złamałeś przysięgę złożoną Ustom. Zdradziłeś Siły Ciemności i przez Ciebie straciliśmy kontrolę nad Thalionem. Przez Ciebie Twój lud zginie a Ty… Będziesz pierwszy.
- Cel uświęca środki… To nie wasza sprawa jest słuszna. – Vilim klęczał wyczerpany, lecz nie poddał się strachowi. – Wolne Plemiona od początku miały rację. Teraz przynajmniej wiem, po której jestem stronie… Ale ja nie liczę się już w tej grze.
Odpowiedział mu cichy śmiech.
- Tak, już się nie liczysz. Dla nikogo.
W ciemnościach błysnął sztylet i wnętrzności Vilima przeszył ból, który rozlał się palącą falą po całym ciele.
- To ostrze jest zatrute, najmniejsza rana zabija w przeciągu kilku godzin. To Twój koniec, Vilimie.
Noc spowiła cisza, a mroczna postać zniknęła w ciemnościach. Vilim padł na trawę pod drzewami. Nie liczył już czasu. Dla niego nie miało to już znaczenia. Był tylko ból i mrok. Pech nadal go nie opuszczał, ale nie miało to już żadnego znaczenia. Gdyby szczęście dopisało mu chociaż na chwilę, byłby teraz wolny od przysięgi złożonej kłamcy, jego przyjaciele powstrzymaliby plany Nieprzyjaciela, niwecząc jego zamiary i jednocześnie wzmacniając swoją obronę.
Ktoś dotknął jego ramienia. Vilim otworzył oczy i zobaczył pochylających się nad nim Elistyara i Vilien.
- Więc jednak spotykamy się jeszcze w takiej chwili… – powiedział słabym głosem Vilim.
- Zasłużyłeś na to. Sam na siebie to sprowadziłeś. – odpowiedział ponuro Elistyar.
- Nic lepszego nie mogło mnie spotkać… Zbyt późno poznałem się na Siłach Ciemności. Teraz już wierzę, że to Wasza sprawa jest słuszna…
- Dlaczego nie powiedziałeś o przysiędze?
- Powiedziałem… – łapiąc oddech odparł Vilim – Powiedziałem Ci wszystko niespełna miesiąc temu. Powiedziałem Ci wyraźnie, że nie mogę zdradzić Mordoru…
- Mogłeś wyjaśnić jak wiąże Cię ta przysięga. Może znaleźlibyśmy sposób.
- Sam do końca nie wiedziałem.
Z Vilima uciekało życie. Z każą minutą słabł a na jego twarzy widać było ogromny ból.
- Nie mogę patrzeć, jak on cierpi. Nie da się nic zrobić? Uratować go? – zapytała Vilien.
- Nie. Chyba już nic nie poradzimy. Nie mam takiej mocy… – odrzekł Elistyar. – Do Thrandulia za daleko.
- Przyniosę coś na uśmierzenie bólu.
Vilien zniknęła w mroku nocy.
- Elistyarze… Miałem przekazać wszystkie skradzione karty Nazgulowi. – wyszeptał Vilim. – Nie zrobiłem tego, uciekłem, żeby dać Wam szansę na odzyskanie Najemnika… Obaj wiemy, że to potężny sprzymierzeniec.
- Niestety nie udało nam się. Ale teraz to już nieważne. Teraz jesteś wolny. Odejdziesz tam, gdzie Sauron nie może Cię dosięgnąć. To jest właśnie dar Iluvatara.
Po paru chwilach Vilien wróciła z garścią roślin, roztarła je i podała rannemu.
- Włóż to do ust Vilimie. Przyniesie Ci to ulgę.
Szybko jego oddech się uspokoił, oczy zamknęły, znowu ogarnęła go ciemność, tym razem jednak przynosząca ukojenie. Ostatnią rzeczą jaką usłyszał był cichy głos Vilien.
- Niech światło Valarów oświetla Ci drogę do miejsca, którego nie znamy, a do którego się udajesz.