Wezwanie Czarnego Władcy

Pomiędzy ponurymi skałami kotliny palił się dziki płomień. Cienie siedzących przy tym ogniu, czerniejsze niż dzika noc, odbijały się na pobliskiej, postrzępionej skarpie. Ich właścicielami byli ludzie rozmaitego pochodzenia, którzy daleko za sobą pozostawili rodzinne strony. W powietrzu unosiła się woń palonego mięsa i chłodnych trunków, a najintensywniejszy był zapach rumu. Wszyscy ucztowali i bawili się. Wódka, kobiety, hazard, przekleństwa i bijatyki – atmosfera była wyśmienita tak, że mało kto zwrócił uwagę, że pewna dwójka, kobieta i mężczyzna, oddaliła się znacznie od ogniska. Z początku szeptali do siebie, potem rozmawiali, lecz temat dyskusji nie był prosty – podział łupów. Komu miałaby przypaść większa część? Kto miałby przekazać Królowi Nazguli rękawicę Thorina zdobytą na wyprawie, której sukces reszta kompanów właśnie wysławiała. Tymczasem dyskusja szybko przerodziła się w kłótnię i gdy zaczęły płynąć z ust coraz bardziej soczyste przekleństwa, kobieta szybkim ruchem wyjęła tasak grożąc nim mężczyźnie. Ten drugi nie pozostał długo obojętny i sam wyjął zakrzywiony miecz. Wtedy wszyscy zgromadzeni przy ognisku zwrócili uwagę na ową dwójkę. Zaczął się pojedynek, a reszta przyglądała im się – nie żeby ktokolwiek pomyślał im przeszkodzić, raczej aby sprawdzić, czy przed chwilą wykupiony zakład został dobrze obstawiony. Stal jęczała przeraźliwie, a piach świszczał pod nogami walczących, lecz wszystko zagłuszały okrzyki kamratów.

Tymczasem, gdy bitka miała się w najlepsze, nikt nie zauważył powoli nadjeżdżającego jeźdźca. Odziany cały w czerń, a mianowicie zbroję wykonaną z ciemnej stali i porwany płaszcz. U boku wisiał długi, ząbkowany miecz – przerażająca brzytwa. Nieznajomy zsiadł z konia, powolnym ruchem podszedł do kłębiącego się tłumu i chwilę przyglądał się całej sytuacji. Wtem uderzył rękawicą jednego z gapiów tak, że nieszczęśnik padł nieprzytomny na ziemię. Walka nie ustawała, ale pozostali zgromadzeni stracili nią zainteresowanie. Niejeden patrząc na przybysza zatrząsł się widząc jego złowrogie oblicze. Tymczasem dwójka walcząca na śmierć i życie nic innego nie zauważała. Przybysz wyciągnął miecz, a tłum rozstąpił się. Nieznajomy podszedł bliżej walczących, a gdy ich klingi starły się w morderczym uścisku, przybysz, nim ktokolwiek zdążył mrugnąć, zamachnął się i trzasnął brzytwą w skrzyżowane miecze. Stal walczącej dwójki roztrzaskała się na kawałki, a całą kotliną wstrząsnął nienaturalny, długo dudniący grzmot. Kobieta i mężczyzna złapali się za obolałe ręce, które przed chwilą dzierżyły stal i spojrzeli na przybysza. Ogarnęło ich przerażenie, gdy rozpoznali Go. Usta Saurona, oddany sługa i posłaniec Władcy Ciemności. Sięgnął do tuby przy pasku i wyjął zwój. Syknął krótko „Milczeć!”, a każdy, kto owe zaklęte słowo usłyszał, ugiął się oddając cześć Czarnemu Panu. Wysłannik zaczął czytać list:

,,Udać się na pogranicze bagien Wetwang i rzeki Entów. Mieszka tam człowiek, Beorngar. Posiada rzecz należącą do mnie, magiczny pas wytworzony przez kowala karłów. Macie miesiąc na dotarcie na miejsce. Tam będzie czekać na was uczeń Pałacu Węży. Jeśli zwyciężycie, zostaniecie obsypani złotem. Jeśli zawiedziecie, zginiecie w katowskich męczarniach. Ruszajcie wierni słudzy Prawdziwego władcy świata. Udanych łowów.’’