Relacja ze Zlotu

Fabularną relację ze Zlotu nie bez pewnych przygód… przygotował dla Was Belegarion Taróma.

Podczas jednej z moich podróży po Śródziemiu przejeżdżałem przez Bree – niewielkie miasteczko znajdujące się po środku dawnego królestwa Arnoru. Obecna podróż przypadła mi na zimę, stąd zdecydowałem się na odpoczynek w jednej z tutejszych karczm. Wybór padł na tawernę Pod Rozbrykanym Kucykiem, gdzie też przenocowałem. Następnego dnia wiatr z północy przyniósł wicher oraz mróz i zabawiłem w tych ludzkich włościach kilka dni dłużej.

I tak oto pewnej nocy szarganej przez śnieżycę, siedziałem przy kuflu grzańca pykając fajkę. Wkoło otaczały mnie same tępe spojrzenia co lepszych mieszkańców Bree, co skłoniło mnie do rozmyślań nad sensem moich podróży, a może nawet życia… Moje idiotyczne rozważania zostały jednak przerwane, gdyż do stołu, przy którym siedziałem, dosiadł się pewien dziwny osobnik odziany w skóry i płaszcz, który pokrywał jeszcze niestrzepnięty śnieg z zamieci. Gdy nieznajomy ściągnął z głowy kaptur, ukazała się twarz – poważna, a może nawet sroga. Pokryta była brodą oraz bliznami. Ten człowiek nie był stary, raczej w kwiecie wieku, lecz wiele w życiu przeszedł. Największą moją uwagę zwróciła jednak brosza, którą spięty był płaszcz. Musiała być wykonana z zacnego materiału, gdyż pomimo warstwy błota i topniejącego śniegu, mieniła się. Przedstawiała konia w galopie. Podobne brosze widziałem już daleko stąd, w królestwie oddalonym na południowy wschód. Po chwili wpatrywania się we mnie piwnymi oczami, nieznajomy w końcu się odezwał:
- Kup mi piwo, a opowiem ci taką historię, jakiej jeszcze nie słyszałeś!
Brzmiało to banalnie, nawet jak na moczymordę, jednak ten człowiek wzbudził we mnie pewne zaufanie. Ciekaw byłem cóż może mi opowiedzieć osobnik z odległych stron przebywający w takim miejscu. Dałem mu więc pieniądze, a ten, zamiast wykorzystać moją naiwność i zniknąć, wrócił z piwem i usiadł na przeciwko mnie. Najpierw wziął jeden łyk, potem drugi, a następnie raz po raz popijając trunek rozpoczął historię, o której faktycznie nigdy dotąd nie słyszałem…

Oto, co wydarzyło się u podnóży Wzgórz Żelaznych w roku 3003 Trzeciej Ery. Widziałem i przeżyłem to także ja, Belegarion Taróma, dawny strażnik wschodniej granicy królestwa i skromny sługa wielkiego Króla Rohanu, Théodena. Wszystko zaczęło się od listów, które otrzymali przywódcy dobrych państw i plemion Śródziemia. Ich nadawca pozostawał nieznany, ponieważ skrył swoją prawdziwą tożsamość pod tajemniczym imieniem Szary Przyjaciel. Treść listów brzmiała następująco:

Witajcie Przyjaciele,

piszę ten list, aby was prosić o pomoc w pewnej sprawie. Odnalazłem dosyć wartościową informację. Jednak zdradzę ją Wam dopiero na miejscu spotkania. Postaram się przybyć osobiście, jednak jeśli nie uda mi się tam dotrzeć wyślę mojego przyjaciela, który zdradzi wam sekret waszego zadania. Spotkamy się za siedem dni niedaleko Wzgórz Żelaznych. Mam nadzieję, że przybędziecie na moje wezwanie.

Pozdrawiam,
Szary Przyjaciel

Wiadomość Szarego Przyjaciela okazała się być równie zagadkowa, jak jego tożsamość. Możliwe, że ta niepewność mogła przyczynić się do tego, że nie wszyscy przywódcy Sił Dobra odpowiedzieli na wezwanie, jednak wśród tych plemion, które zjawiły się wspomnianego, siódmego dnia pod Wzgórzami Żelaznymi, byli przedstawiciele: elfów z Mrocznej Puszczy, elfów z Mithlondu, elfów z Rivendell oraz ludzi z Rohanu i Gondoru. Poszczególne domy elfów oraz królestwa ludzi – wszyscy odłożyliśmy na bok nasze kłótnie oraz nieporozumienia i rozbiliśmy jeden wspólny obóz oczekując przybycia Szarego Przyjaciela. Cała okolica jednak biła dziwną aurą. Sprawiała ona, że ludzie byli rozdrażnieni, a ich zmysły przytępione. Nawet elfowie wydawali się odmienieni.

Siódmego dnia zjawił się w obozie wędrowiec, który ubrany był w strój nie pasujący do kogoś imieniem Szary Przyjaciel. Biała koszula, czarna, skórzana kamizelka i spodnie, wysokie buty, a do tego dwie pary noży – ta postać nie budziła zaufania, lecz przypominała bardziej awanturnika szukającego zwady lub zarobku. Pomimo tych wątpliwości, elfy i ludzie zachodu postanowili wysłuchać opowieści nieznajomego. Przedstawił się on nie jako Szary Przyjaciel, lecz jako jego wysłannik, a historia, którą przyniósł ze sobą była zarówno ekscytująca, jaki i frapująca. Wszyscy zebraliśmy się przy ognisku i słuchaliśmy jej w skupieniu.
- Ponad pół tysiąca lat temu wielki władca krasnoludów spod Samotnej Góry, Náin II, postanowił posiąść artefakt ogromnej mocy, który na długie lata zapewniłby bezpieczeństwo mieszkańcom królestwa. Owym artefaktem nie miał być pojedynczy przedmiot, a zestaw: rękawice, młot i pas. Osobno nie dawały posiadaczom żadnych magicznych zdolności, lecz zebrane razem obdarowywały wielką mocą, choć jej kształt trzymany był w sekrecie. Wszystkie zostały wytworzone z najwspanialszych materiałów przez najlepszego rzemieślnika Żelaznych Wzgórz, Thorina. Stare pisma wzmiankują jednak, że towarzyszył temu pewien czarodziej powszechnie znany jako Błękitny Czarodziej. Gdy artefakty były gotowe, wyruszono z nimi do Samotnej Góry, ale nie jedną wyprawą, lecz w trzech oddzielnych konwojach, z których każdy wiózł jeden element zestawu. Wszystko miało zapobiec wpadnięciu broni w niepowołane ręce. W jednym z konwojów uczestniczył również Błękitny Czarodziej oraz kowal – twórca artefaktów. Oddział ten przewoził rękawice. Jednym z najbliższych i najbardziej zaufanych strażników w tym konwoju był pomocnik kowala. Jego imię pozostało nieznane, lecz pisma głoszą, że ów pomocnik wykorzystał swoją pozycję i zakradł się pewnej nocy do wozu, aby obejrzeć rękawice. Trzymane były w ciężkiej skrzyni, lecz pomocnik kowala zdobył do niej klucz. Na wierzchu leżał dziennik kowala, w którym, między innymi, zapisane były trasy wszystkich trzech konwojów. Jednak owe trasy ujęte były w postaci zagadek, aby wróg nie mógł skorzystać z dziennika, gdyby wpadł w niepowołane ręce. Pomocnik kowala po cichu odłożył dziennik, otworzył wieko, a następnie nałożył jedną z rękawic, lecz wtedy ziemia zadrżała. Początkowe krzyki krasnoludów przerodziły się we wrzaski i ryki nieopisanych istot. Nastąpił atak na konwój. Siły Ciemności musiały uważnie śledzić posunięcia krasnoludów i uprzedzać ich działania, gdyż na krasnoludzkich obrońców stoczyła się lawina orków i innych plugawych wojowników. Przerażony pomocnik kowala wyjrzał z wozu i zobaczył rzeź pobratymców. Bez chwili namysłu chwycił dziennik kowala i chciał też zabrać drugą rękawicę, lecz wtedy wóz trącony przez trolla przewrócił się, a potężna skrzynia z artefaktem upadła na wieko. Pomocnik kowala próbował wydostać rękawicę, lecz jego próby spełzły na niczym. Rzucił się do ucieczki. Uciekał wśród wysokich paproci i pewnie ten fakt ocalił mu życie. Udało mu się umknąć śmierci również i w dalszej drodze. Wraz z jedną z rękawic oraz dziennikiem dotarł on do twierdzy pod Samotną Górą i opowiedział wszystko, co się wydarzyło. Okazało się, że żaden z konwojów nie dotarł bezpiecznie pod Samotną Górę i tylko jedna rękawica jest w posiadaniu krasnoludów Náina. Król podjął decyzję, aby ją zamknąć głęboko w komnatach skarbca. Spodziewano się ataku Sił Ciemności, dlatego też umocniono fortecę, lecz długo nikt się nie zjawiał. Z czasem, gotowość bojową zmniejszono, a o całej historii mówiono coraz mniej, aż w końcu prawie o niej zapomniano. Zestaw bez jednej rękawicy nie dawał magicznej mocy, więc krasnoludowie czuli się bezpieczni. Jednak po ponad stu latach od tych wydarzeń twierdza pod Samotną Górą została zajęta przez smoki, a krasnoludy ratowały się ucieczką. Wieść głosi, że zabrali oni rękawicę ze sobą, lecz stare księgi nic więcej nie wspominają o zestawie artefaktów, poza tym, że atak na wspomniany konwój miał miejsce na ziemiach, na których obecnie stacjonujecie.

W tym momencie nieznajomy przerwał swoją opowieść i zaczął czegoś szukać w swojej torbie. Wzbudziło to pewne zaniepokojenie strażników, lecz przedmiotem, który ukazał się w jego ręku nie była broń, lecz lekko zbutwiała i postrzępiona księga. Po chwili wyjął również płytową rękawicę, lecz w przeciwieństwie do księgi, nie miała ona na sobie żadnych oznak starości. Wszyscy obecni domyślili się, co za przedmioty trzymał nieznajomy, lecz wciąż nie znano jego zamiarów. Gdy go oto spytano, odpowiedział, że jego planem i planem Szarego Przyjaciela jest to, aby Siły Ciemności nie zebrały całego zestawu, a na dowód szczerości przekazał dowódcom Sił Dobra rękawicę i dziennik. Powiedział, że Szary Przyjaciel sporządził kopię dziennika, którą obecnie rozszyfrowuje. Rozmowa jednak urwała się, ponieważ jeden z zebranych przy ognisku ludzi zerwał się mówiąc o kamiennym posągu, który widział w niedalekiej odległości od obozu sądząc, że może on mieć związek z historią, którą wszyscy przed chwilą wysłuchali. Zabytek wyraźnie zainteresował nieznajomego i udał się on wraz ze strażą Sił Dobra, aby obejrzeć znalezisko. Po drodze nie natrafiliśmy na żadne niedogodności, a na miejscu nieznajomy powoli obejrzał i zbadał posąg. Orzekł, że w rzeczywistości nie jest to posąg, lecz zaklęta w kamień kobieta, która, ze względu na uzbrojenie, musiała pełnić rolę wojownika, a może też strażnika. Co więcej, amulet zawieszony na jej szyi wskazywał na to, że owa nieszczęśnica musiała żyć w czasach, w których miała miejsce historia magicznego zestawu. Nietrudno się domyślić, że wszyscy zapragnęliśmy odczynić klątwę petryfikacji, jednak żaden z obecnych nie dysponował wystarczającą mocą, by to zrobić. Jednak nieznajomy przypomniał, że Błękitny Czarodziej z legendy może mieć odpowiednią moc i zechcieć pomóc odczarować posąg, lecz od czasów opowiedzianych w legendzie nikt go nie spotkał. Nie wiadomo nawet czy wciąż żyje, lecz, jak powszechnie wiadomo, niektórzy czarodzieje są w stanie żyć setki, a nawet tysiące lat, więc może i ten cechował się długowiecznością. Nie zmieniało to faktu, że odnalezienie go po tylu latach nie będzie takie proste. Wędrowiec wspomniał jednak o pewnym ekscentrycznym pustelniku żyjącym w pobliskich lasach, którego miejscowi nazywali Wizjonerem. Jego przybrane imię wiązało się ze zdolnościami magicznymi, którymi dysponował. Otóż, według plotek, posiadał on moc widzenia tego, czego zapragnie. Istniała szansa, że zechciałby pomóc w odnalezieniu Błękitnego Czarodzieja, aczkolwiek nie należało się zbytnio do niego zbliżać, ponieważ plotki głosiły, iż cierpiał on na dziwną chorobę, która sprawiała, że jego ciało zmieniało kolor i zapach, a potem odpadało od kości niczym zgniły owoc z drzewa. Wędrowiec wskazał kierunek, w którym powinno się udać na poszukiwanie Wizjonera, lecz wówczas powietrze rozerwał przeraźliwy pisk. Żołnierze Rohanu i Gondoru zaczęli słaniać się nogach, a wielu z nas wypuściło broń próbując osłonić się przed dźwiękiem. Tak, istotą, która była źródłem całego zamieszania był jeden z Úlairi, który musiał czaić się i przysłuchiwać całej sytuacji. Elfowie oraz wędrowiec podjęli walkę z przeklętym i w końcu odgonili pomiot Saurona. Następnie ruszyliśmy z powrotem do obozu nie wiedząc, co zastaniemy na miejscu. Noc zrobiła się bardzo ciemna, jakby chmury zasłoniły większość gwiazd i księżyc. Jednak, gdy wojska zbliżały się do pierwszych umocnień obozu, jeden z elfów dostrzegł w pobliskich chaszczach coś mieniącego się. Nie był to ani kwiat, ani kora drzewa brzozy. Chwilę potem słychać było tylko świst strzał i szczęk broni. Wróg zorganizował zasadzkę, w której większość wojsk stanowili Korsarze z Umbaru, aczkolwiek napotkano również przedstawicieli innych nacji: Haradrimów i barbarzyńców z Północy. Krwawa jatka nie przynosiła jednoznacznego rozwiązania, lecz w pewnym momencie Siły Ciemności zaczęły ustępować pola. W końcu, wycofały się, jednak nie była to ucieczka, a raczej odwrót, może nawet próba wciągnięcia w kolejną zasadzkę i Siły Dobra nie ruszyły za nimi w pogoń, lecz wróciły do obozu przegrupować się. Pewne było jedno: od tego momentu również słudzy Saurona znali cel, dla którego przybyły w to miejsce zjednoczone Siły Dobra i będą dążyć do skompletowania artefaktów z legendy tak jak i oni.

Reszta nocy minęła już spokojnie, a rankiem wojska Sił Dobra podzieliły się na oddziały, aby zwiększyć szanse odnalezienia Wizjonera. Zaczęto przeczesywać pobliskie lasy, lecz raz po raz napotykano wojska Saurona, z którymi toczono zażarte walki. Niestety okazało się, że więcej niż jeden Úlairi przebywa w okolicy, choć nie było wiadomo, dokładnie ilu przybyło w rejony Wzgórz Żelaznych. Odnaleziono również dwójkę dziwnie ubranych ludzi z toporami określających się jako drwale, którzy przybyli na te ziemie z daleka w poszukiwaniu specyficznego gatunku drzewa. Ciężko było ocenić ich intencje, aczkolwiek czuć było od nich pewną dzikość. Jednak Siły Dobra pozostawiły ich wolnych i nietkniętych, ponieważ nie było w naturze wolnych plemion zabijać każdego napotkanego podróżnika, jak to czynili słudzy zła. W końcu, Siły Dobra zauważyły rozsypujący się szałas pośród gęstwiny lasu, a przed nim zadumanego starca odzianego w łachmany, którego ciało oplecione było bandażami. Ów starzec nie chciał jednak z nikim rozmawiać, dopóki osoba ta nie udowodniła, że jest godnym rozmówcą. Zaczął zadawać zagadki i dopiero po ich rozwiązaniu starzec potwierdził, że jest osobą, którą miejscowi nazywają Wizjonerem. Zgodził się pomóc w odnalezieniu Błękitnego Czarodzieja, jednak plotki, że jest on w stanie zobaczyć wszytko, czego zapragnie, były, delikatnie mówiąc, przesadzone. Powiedział, że może on natomiast wskazać miejsca, z których bije silna aura magiczna, a więc której źródłem może być Błękitny Czarodziej. Dowódcy wolnych plemion przystali na tę propozycję. Po inkantacji zaklęcia Wizjoner wyznaczył kierunek, a Siły Dobra skierowały się tam. Odnalezienie czegoś, można by powiedzieć „interesującego”, nie zajęło nam wiele czasu. W pewnym, wydawałoby się odludnym, miejscu napotkaliśmy dziwną istotę. Była to kobieta odziana w ciemne szaty, jednak jej wygląd i otoczenie, a mianowicie wymarły las, budziły niepokój. Żołnierze zaczęli wypytywać o Błękitnego Czarodzieja, rękawicę oraz legendę, lecz postać zbywała pytających kierując rozmową wedle własnej woli powoli zbliżając się do oddziału. Nagle skoczyła na najbliższych wojowników, a ci, co zetknęli się ze straszydłem, padali martwi. Miecze gięły się niczym wierzbowe gałązki nie zadając żadnych obrażeń poczwarze. Żołnierze w popłochu rzucili się do ucieczki pozostawiając martwych pobratymców, natomiast owa istota nie goniła reszty, lecz zaczęła żywić się trupami. Kimkolwiek była, dysponowała ogromną mocą godną Majara.

Tymczasem wróciliśmy do Wizjonera żądając wyjaśnień, lecz ten zbył nas mówiąc, że ostrzegał, że nie może precyzyjnie wskazać miejsca pobytu Błękitnego Czarodzieja, lecz jedynie miejsca, z których bije aura magiczna. Zaoferował, że w zamian za te „niedogodności”, na które natrafiliśmy, wskaże kolejne miejsce, a dowódcy Sił Dobra, choć niechętnie, zgodzili się na to. Po odprawieniu rytuału oddziały wyruszyły we wskazanym kierunku. Na miejscu spotkały mężczyznę odzianego w brązowy kaptur i płaszcz spięty ozdobną fibulą. Siedział on na wielkim kamieniu pośród drzew zadumany w lekturze książki, którą trzymał na kolanach. Wojownicy powoli zbliżyli się do nieznajomego, lecz nauczeni ostatnimi doświadczeniami, zachowały bezpieczną odległość. Dowódca oddziału próbował rozpocząć rozmowę, lecz długo nieznajomy zbywał go albo po prostu nawet nie odpowiadał na pytania. Był oschły, a momentami nawet wredny, choć można było odnieść wrażenie, że uważnie słuchał tego, o co pytali i prosili przybysze. W końcu, czy to z poirytowania czy też z innych powodów zaproponował układ. Powiedział, że powie, gdzie jest Błękitny Czarodziej, lecz najpierw nasze oddziały muszą wykonać dla niego pewne zadanie, które przedstawił w krótkiej opowieści.
- Swego czasu miałem na usługach najemnika, który pełnił rolę pomocnika. Jednak pewnego dnia ów sługa zniknął, a wraz z nim pierścień, który teraz chcę odzyskać...

Nieznajomy zażądał odnalezienia najemnika. Opisał go jako osobę pochodzącą z dalekich krain. Podejrzenie padło od razu na spotkanych już wcześniej drwali jako, że ich ubiór wskazywał na dalekie pochodzenie. Co prawda, w opowieści nieznajomego mowa była tylko o jednym złodzieju, ale nasi dowódcy nie byli naiwni i przypuszczali, że złodziej mógł mieć wspólnika. Rozpoczęły się poszukiwania drwali, lecz długo nie przynosiły one skutku. Najwyraźniej ukrywali się, lecz w końcu, jeden z oddziałów napotkał ich. Z początku drwale nie przyznawali się ani do kontaktów z właścicielem pierścienia, ani do posiadania samego artefaktu. Jednak dowódca oddziału był pewien swego i zaproponował wymianę. Dalsza część rozmów przebiegła w tajemnicy. W końcu negocjacje dobiegły końca i artefakt został przehandlowany. Nie doszło do uszu żołdaków, co było ceną za upragniony pierścień, lecz z pewnością musiało być to coś na prawdę cennego. Wszyscy rozstali się bez rozlewu krwi, a Siły Dobra wyruszyły z artefaktem do jego prawowitego właściciela. Dowódcy znów wykazali się sprytem i rozdzielili oddział na mniejsze, aby pierścień nie wpadł w ręce wroga. Faktycznie, po drodze, na wolne plemiona czekały zasadzki zorganizowane przez sługusów Saurona, lecz żołnierze nie posiadający artefaktu skupili na sobie uwagę Sił Zła, a pierścień bezpiecznie dotarł do celu. Nieznajomy ucieszył się widząc swoją własność, a potem zaczął się śmiać. Zaczął wyzywać wszystkich od głupców wzbudzając zaniepokojenie wśród żołnierzy. Jednak okazało się, że nie miał on złych intencji, lecz wyśmiewał dowódców wolnych plemion, ponieważ napotkali oni Błękitnego Czarodzieja już nieraz. Błękitnym Czarodziejem był Wizjoner, lecz ukrywał się on w gnijącym ciele dzięki zaklęciu iluzji. Gdy otrzymaliśmy od nieznajomego artefakty oraz zaklęcie mające na celu odczynienie iluzji, wyruszyliśmy w drogę. Wizjoner niczego się nie spodziewał i Siły Dobra z łatwością przeprowadziły inkantację. Naszym oczom ukazał się starzec z siwą brodą ubrany w białe szaty i błękitną narzutę. Blask otumaniał ludzkie zmysły i mamił oczy. Chwila błogości nie trwała jednak długo, gdyż zaraz zdało się usłyszeć trzaskanie gałęzi, a potem wrzask oraz rumor. Z pobliskich gęstwin wyskoczyły oddziały złych ludzi i rozpętała się jatka. Trup ścielił się gęsto, lecz wtedy powietrzem wstrząsnął huk, po którym czuć było swąd siarki. Wszyscy, jakby trochę ogłuszeni, stanęli, a walka ustała. To Błękitny Czarodziej używając tylko znanych sobie magicznych sztuczek i laski, którą się podpierał, wywołał wybuch podobny do takiego, który czasem rozrywa głębiny krasnoludzkich kopalń. Gdy wszyscy skierowali spojrzenie na Błękitnego Czarodzieja, ten rozpoczął swój wywód. Mówił, że nie pozwoli na tak bezrozumny rozlew krwi i zakazał jakichkolwiek walk w jego obecności pod groźbą śmierci. Siły Dobra i Siły Zła rozdzieliły front walki, a przywódcy obu stron zaczęli pertraktacje z Błękitnym Czarodziejem. Opowiedziano mu o zamiarach zdobycia magicznych przedmiotów z legendy oraz spetryfikowanej kobiecie, jednak Błękitny Czarodziej nie chciał pomóc żadnej ze stron, gdyż jak mówił: przeżycia związane z magicznym zestawem na zawsze go zmieniły. Zaproponował jednak pomoc w odczarowaniu posągu tak, żeby przedstawiciele każdej ze stron w tym uczestniczyli. Siły Dobra i Siły Zła przystały na tę propozycję, choć oczywiste było, że gdy tylko Błękitny Czarodziej się oddali nie będzie żadnego rozejmu.

Wieczorem zdjęto klątwę petryfikacji z kobiety, która obudziła się przerażona, jakby wciąż uciekała przed wrogiem. Po chwili zaczęła się uspokajać, lecz niestety nie dane było jej cieszyć się życiem za długo. Szybko zmarła i ze sobą zabrała odpowiedzi na nękające wszystkich pytania. Jednak Błękitny Czarodziej nie załamał się jak większość obecnych, ale wystąpił z kolejną propozycją. Powiedział, że zna tajemny rytuał przywoływania zmarłych, gdy ich duch błąka się jeszcze po Śródziemiu. Wymagało to specyficznej mieszanki ziół, które po ciemku ciężko było pozyskać, jednak wrodzona sprawność elfów pozwoliła na zebranie ich. Niewiele później odprawiono rytuał, a duch kobiety powrócił, lecz tym razem czuć było od niej roztaczający się wokół chłód. Zaczęto pytać o artefakty, lecz niewiele rozumiałem z jej słów. Mówiła o ataku, o zimnie i o pobratymcach, którzy polegli. Z czasem jej wizerunek zaczął zanikać, lecz chwilę przed tym, jak całkowicie rozpłynęła się w powietrzu, powiedziała, że ten, kogo wszyscy szukają jest tu pochowany. Wniosek był oczywisty: należało znaleźć jakieś miejsce pochówku. Mogło ono wskazać, gdzie jest druga rękawica, a może nawet zawierać samą rękawicę. Tymczasem, gdy duch zniknął, Błękitny Czarodziej powiedział, że zna położenie pewnego nagrobka w okolicy, który może zainteresować poszukiwaczy, lecz pokaże go dopiero następnego dnia rano. Powiedział, że będzie czuwać w nocy i nikomu nie stanie się krzywda. Siły Dobra i Siły Zła rozeszły się bez bitki, a nawet bez wrogich spojrzeń, jakby cały czas byli pod potężnym urokiem czarodzieja.

Następnego dnia rzeczy działy się tak jak Błękitny Czarodziej obiecał. Zaprowadził on przedstawicieli obu stron do wspomnianego nagrobka. Ukryty był pośród wysokich paproci, a pokrywały go napisy w języku nieznanym takiemu prostemu Rohańczykowi jak ja. Elfowie je znali. Niektórzy inteligentniejsi żołdacy szeptali, że to pismo to Tengwar, lecz nie było im dane poznać sztuki czytania go. Tymczasem elfowie odczytali napis na nagrobku, który głosił:
Jestem pierwszym z nich, a jest nas siedmiu”.

A więc grobów było więcej, lecz gdzie mógł być ten wskazany przez ducha? Błękitny Czarodziej nakazał rozejść się Siłom Dobra i Siłom Zła w przeciwne strony. Wojska oddaliły się od siebie, ale jednocześnie rozpoczął się wyścig. Nie można było ani liczyć na pomoc czarodzieja, ani dopuścić do znalezienia rękawicy przez plugawe oddziały ciemności. Podjęto więc decyzję o rozdzieleniu wojsk na grupy, aby zwiększyć szanse odnalezienia rękawicy, lecz jak się potem okazało, wróg postąpił tak samo, co doprowadziło do nieustannych potyczek. Walki i poszukiwania trwały cały dzień, lecz gdy słońce zaczynało muskać szczyty najdalej oddalonych drzew, do dowódców Sił Dobra dotarła wiadomość od zwiadowców, że Siły Zła połączyły się i zaczynają się oddalać. Nawet prości żołnierze domyślali się, że najpewniej wróg zdobył artefakt przed nami, dlatego też dowództwo podjęło decyzję o zastawieniu pułapki na sługusów Saurona. Szybko uprzedziliśmy wroga. Dowództwo wybrało odpowiednie miejsce i ukryło nasze oddziały. Oczekiwanie na wroga nie miało końca, minuty wydawały się być godzinami. Lecz wtem, z dala zdało się usłyszeć śpiewy. Dumna armia ciemności była pewna swojego sukcesu i siły. Niejednemu Eorlingowi zabiło szybciej serce na widok całej armii wroga wyłaniającej się zza gęstwin. Byli tak pewni swej potęgi, że nie wypuścili przodem nawet forpoczty. To była dla nas prawdziwa szansa na rozgromienie wroga. Gdy ten zbliżył się odpowiednio i minął część naszych posterunków, runęliśmy na Siły Zła ze zdwojoną mocą. Jak się okazało, przeciwnik dysponował równie wielką siłą, gdyż, pomimo zasadzki, walka była wyrównana. Jednak bój znów został przerwany hukiem, którego źródłem znów był Błękitny Czarodziej. Po chwili zaczął on rozprawiać nad głupotą wszystkich zebranych i zażądał rękawicy. Wszyscy obawiali się, że zechce zabrać artefakt dla siebie, jednak moc czarodzieja była wielka i nikt nie odważył się zastąpić mu drogi, ani tym bardziej przeszkodzić. Ten tymczasem sam odebrał rękawicę jej strażnikom. Gdy już wydawało się, że za wszystkim, co się do tej pory wydarzyło, stał Błękitny Czarodziej, ten ponownie zaskoczył wszystkich obecnych. Powiedział, że nie chce artefaktu dla siebie, ale nie pozwoli na kolejną bezrozumną rzeź na jego ziemiach. Zaproponował, że rozwiązaniem sporu będzie rozgrywka pomiędzy Siłami Zła i Siłami Dobra wymyślona przez niego specjalnie na tę okazję. Oczywiście nikt nie zanegował woli potężnego czarodzieja, a ten zażądał rozejścia się w pokoju aż do następnego ranka, gdy wszystko się wyjaśni. I tak też się stało. Tego dnia i tej nocy nie odbyła się żadna walka ani potyczka. Wszystkich zadręczała tylko jedna myśl: jakąż znowu grę wymyślił ten lekko otępiały starzec, aby sprawić sobie rozrywkę?
Następnego ranka Błękitny Czarodziej zaprowadził każdą ze stron konfliktu do oddalonego lasu. Drzewa były w nim wysokie, a runo ścieliły mchy. Szum drzew nieco uspokajał nasze serca, ale jednocześnie czuć było duży niepokój. Jakież będą zasady rozgrywki i czy uda się zdobyć rękawicę? Gdy wszyscy żołnierze dotarli na miejsce, Błękitny Czarodziej rozpoczął monolog na temat zasad walk, a wszyscy słuchali w skupieniu starając się zrozumieć choć ich część.
Okazało się, że rozgrywka będzie się toczyć na wyznaczonym terenie gry przypominającym kształtem drzwi do chaty. Niektóre drzewa oraz gałęzie obleczone były jasnym materiałem i stanowiły granicę terenu. Siły Zła oraz Siły Dobra znajdowały się na przeciwległych końcach terenu, przy krótszych jego krawędziach. Każda ze stron dysponowała jednym sztandarem, który był wbity w ziemię przy wojsku. Żołnierze mogli ścierać się na terenie gry, lecz dzięki mocy czarodzieja, cios, który normalnie ranił i zabijał, tym razem ogłuszał przeciwnika. Obudzić z letargu mógł go tylko dotyk dłoni sojusznika. Celem rozgrywki było albo ogłuszenie wszystkich przeciwników albo kradzież cudzego sztandaru i wbicie go obok swojego. Nie mogliśmy nieść własnego sztandaru. Rękawicę miała otrzymać ta strona, która odniosła pięć zwycięstw.

Trudne zasady nie ułatwiały walki nam, sługom króla Théodena, lecz robiliśmy co mogliśmy, aby przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę. Pojedynek został rozpoczęty, a obie strony wygrywały raz po raz, aż osiągnięto wynik remisowy i tylko jedno zwycięstwo dzieliło zarówno Siły Dobra, jak i Siły Zła od zdobycia upragnionej rękawicy. Wtedy też, wojska Sił Dobra wykazały się heroizmem. Żołnierze jakby przestali czuć znużenie, a oręż stracił wagę. Wspólnym wysiłkiem ludzi i elfów wróg został pokonany. Otrzymaliśmy rękawicę z rąk Błękitnego Czarodzieja, jednak wróg nie pogodził się z porażką. Czuć było w powietrzu tę zawiść, która biła nie tylko z oczu dowódców Sił Zła, lecz, czy to z lęku przed czarodziejem, czy też ze zmęczenia, nie podjęli oni żadnych działań. Tymczasem Błękitny Czarodziej nakazał rozejść się stronom konfliktu i tak też wszyscy uczynili. Wojska Sił Dobra czym prędzej ruszyły do obozu, a gdy do niego dotarły prędko ulepszyły umocnienia. Należało mieć pewność, że rękawica nigdy nie trafi w ręce Saurona, dlatego też podjęto decyzję o wymarszu następnego dnia. Na wszelki wypadek, każdą z rękawic oraz dziennik trzymano w oddzielnych miejscach. Natenczas wszystkim się zdawało, że już nic złego nie może się stać. Niestety, wszyscy myliliśmy się. Noc była ciemna, a wielu żołnierzy świętowało zwycięstwo, w tym i niestety ja. Tańce i zabawa nie miały końca. Wówczas, czy to przez muzykę z obozu, czy też przez jakiś czar, uśpiona została czujność strażników. Nagle świętowanie przerwał krzyk, a wszyscy otrzeźwieli i pobiegli do jego źródła. Niestety pochodził on z namiotu, gdzie ukryta była jedna z rękawic, a przed namiotem leżeli martwi strażnicy. Rękawica zniknęła… Wysłano pościg, lecz zawiódł on – wróg nie pozostawił po sobie żadnych śladów. Niedługo potem znów zjawił się nieznajomy. Dowiedział się, co się wydarzyło, lecz nie ubolewał długo nad stratą przedmiotu, ponieważ ogłosił kolejną wiadomość od Szarego Przyjaciela. Otóż rozwiązana została zagadka dotycząca trasy drugiego z trzech konwojów. Reszta nocy minęła już spokojnie, a rankiem rozwiązano obóz i wyruszono w drogę do domu. Już niedługo wojska miały być przegrupowane tak, aby za kilka miesięcy móc wyruszyć na poszukiwanie kolejnego artefaktu. I tak też uczyniono. Jednak natenczas pewne było jedno: to jeszcze nie koniec opowieści o magicznym zestawie, a my mieliśmy pisać jego dalszą historię.

Tak kończąc opowieść nieznajomy osuszył kufel do końca i wstał. Poprosiłem go o dalszy ciąg historii, lecz przed wyjściem z tawerny rzucił tylko, że reszty dowiem się za rok…