Część I – „Dość”

W sali tronowej trwała żywa dyskusja, przerywana niekiedy gardłowym rykiem poirytowanego krasnoludzkiego ambasadora Vlamira. Powodem tych uniesień były przytaczane przez namiestniczego gońca kolejne fragmenty tekstu, spisanego w gondorskim raporcie z ostatnich wydarzeń w Ithilien. Żarliwej debacie przysłuchiwał się z wymuszonym spokojem Namiestnik Denethor, choć mogłoby się wydawać, że bardziej zajmował go zastawiony różnorakim jadłem stół.

- … ale w forcie odmówiono im obiecanego wsparcia! Kto za tym stał? Kto, ja się pytam?! – grzmiał dalej krasnolud, a jego głos niósł się po sali wykończonej białym kamieniem.

- Według raportu, Krasnoludów nie opatrzono, ponieważ wzbudzali nieufność…

- Nieufność! Ha! Przypomnij sobie wcześniejszą część wspomnianego raportu, partaczu! Dzień wcześniej stanęli w pierwszej linii, chronili własnym ciałem Rohańczyków,  Elfów, Dalijczyków, także waszych żołnierzy, Obrońców Białego Drzewa! Tfu! W imię czego się tak poświęcali?! Hę?

- Odbudowanie zaufania, Krasnoludzie, trwa – wtrącił wreszcie gondorski Namiestnik – jedno heroiczne działanie nie zmaże win sprzed roku… A teraz o poprawę relacji będzie znacznie trudniej…

- Na Mahala! Mości Denethorze, moi wojownicy pracowaliby na to zaufanie nadal, gdyby twoi ludzie im w tym nie przeszkadzali. Nie możemy być przez wieczność karani za jeden wygłup! Tamten, zresztą, również nie miałby miejsca bez ważkiego powodu.

- Pozwolę sobie dodać – wtrącił goniec – że o nastawieniu do krasnoludów zadecydowała postawa elfki, która na czas wyprawy dołączyła do jednostki Orestesa.

- Co…? To jak to jest, Namiestniku? Twoimi ludźmi może rozporządzać jakaś elfka? – zapytał Vlamir, odstawiając kufel.

- Oczywiście, że nie może i ustalę dlaczego tak się stało – rzekł Denethor wyraźnie powstrzymując gniew.

- Kpina! Nie wierzę! Nie wierzę! – rzekł zrezygnowany ambasador zasłaniając usta masywną, opancerzoną dłonią.

- Rzućmy jeszcze światło na to, jak Krasnoludowie postanowili rozwiązać konflikt z naszym oddziałem… Znowu, za waszą sprawą, polała się nasza krew. Pominę już utraconą pozycję na froncie i zaprzepaszczony ładunek z karawany, a także schwytany przez orków i skazany na powolną śmierć patrol strażników Ithilien… Twoi wojownicy dopuścili się jawnego, agresywnego aktu zdrady Wolnych Plemion.

- Hah! I co jeszcze?

- Według raportu i zeznań członków ekspedycji – kontynuował skryba -  w decydującym momencie wasi współbracia dokonali sabotażu. Przez to, że zaatakowali gondorską flankę, ważna potyczka zakończyła się naszą porażką. Jak to wytłumaczycie, ambasadorze? – rzekł goniec, Namiestnik zasłonił usta pucharem z winem i przyglądał się Krasnoludowi.

- Nie jestem w stanie tego wytłumaczyć, ale nie rozumiem czemu, Denethorze, pominięty został w raporcie krasnoludzki okrzyk? – odparł ambasador uśmiechając się szeroko – Jestem przekonany, że wpłynąłby ożywczo na ciężkie pióro waszego wojskowego skryby!

- Nie jest to tematem tej dysputy. Moi żołnierze zginęli przez popis Siggi i jej bandy. Odpowiedzialność za to wydarzenie spoczywa na was, Ambasadorze. Nie zamierzam odpuścić.

- Przyznaję, że nie było to najbardziej dyplomatyczne z rozwiązań.

- Od wyniku tego starcia zależało utrzymanie przyczółku na wzniesieniu wskazanym przez Strażników. Przegrane oblężenie również zawdzięczamy wam, krasnoludzie.

- Cóż za brednie! Każda próba obrony tego miejsca by zawiodła. Nasze siły nie miały środków na utrzymanie oblężenia!

- Do zamknięcia się pierścienia oprawców mogłoby w ogóle nie dojść, gdyby odpowiednio wcześniej przerzedziło się oddziały wroga, zamiast nasze!

- Panowie! – przerwał Denethor wstając z tronu – Mówimy o sprawach, o których może się wypowiedzieć naoczny świadek. Wprowadźcie go!

Boczne drzwi do komnaty otworzyły się rozlewając ciężkie skrzypienie między wysokie filary równie białe, co ściany. Wszedł przez nie miękko stąpając mężczyzna rohańskiej urody, odziany w typowy, znoszony strój podróżny na którego tle wyróżniała się zielona koszula z elfickimi zdobieniami. Krasnolud ponownie westchnął ciężko na widok świadka.

- Gladwyn Prawdomówny, do usług! – przemówił bard i ukłonił się zebranym, krzyżując łydki.

- Gladwynie – przemówił spokojnym tonem skryba – byłeś wśród naszych podczas wydarzeń w Ithilien. Nie wiem, co cię tam zawiodło, jednak dyskusja o tym nie jest celem twojego zaproszenia. Chcemy ustalić, co dokładnie działo się w czasie oblężenia. Przedstaw zatem wszystko, co zapamiętałeś.

- Wasza wola, moje słowo. Tamtego dnia głowę zaprzątała mi sprawa niezwiązana z zadaniem Wolnych Plemion, dlatego też o oblężeniu dowiedziałem się niedługo przed zamknięciem się pierścienia wroga. Kiedy do niego doszło, pobiegłem ku sojusznikom bohatersko broniącym twierdzy na wzgórzu! Dyszałem tak ciężko, że najwyraźniej zwróciłem uwagę orków będących w pobliżu… Byłbym skonał, torturowany przez nich, gdyby nie oddział łuczników – Strażnicy Ithilien pojawili się jakby znikąd, a puszczone z ich rąk strzały przyniosły rychłą śmierć oprawcom! Aż nie mogłem uwierzyć w to, ile miałem szczęścia. Słowa komandora ocuciły mnie i doprowadziły do porządku. Pognałem dalej by, zgodnie z poleceniem, dać siłom Wolnych Plemion sygnał do odwrotu – zeznał bard.

- Czy ten sianowłosy zawsze tyle gada…? Jesteśmy na naradzie WOJSKOWEJ, nie na spotkaniu bajkopisarzy! – skwitował krasnolud, wyraźnie zniesmaczony.

- Nie mamy innych świadków, zatem powściągnij język, krasnoludzie.

- Mógłbym skrócić tę opowieść, jednak domyślam się, że na WOJSKOWYM przesłuchaniu niestosownym jest omijać szczegóły. Ekhm, hm. – skwitował świadek – Kontynuując, przekradłem się do obrońców bez większego trudu i przekazałem dowódcom nakaz ucieczki. Pamiętam, że wśród zebranych był Orestes z Gondoru, Iarlabanki Dalijczyk, Eocwen, córka Hengesta, Sigga z Gór Żelaznych, Meoi z Mrocznej Puszczy i Nerwen z Dunedainów. Ach, Nerwen… Ekhm. Wszyscy zgodni byli co do konieczności opuszczenia przyczółka. Wyglądało na to, że plan odwrotu był już dopracowany, zatem od tego momentu zdawałem się już na komendy bardziej doświadczonych ode mnie. – bard przerwał na moment dając wyraźnie znak, że zaschło mu w gardle – zaczerpnę tylko z antałka, waszmościowie, proszę o wybaczenie… – po pociągnięciu kilku głośnych łyków z butli przytroczonej do pasa, bard kontynuował, wyraźnie pokrzepiony – Żołnierze wbili się klinem w wojska wroga, torując przejście. Orkowie i Korsarze zostali w tym starciu strawieni, niby przez pożogę. Kaskady ciosów Gondorczyków powodowały strach w przeciwnikach, niektórzy próbowali czmychnąć – tych jednak dosięgały topory Krasnoludów i strzały Elfów. Determinację przedstawicieli Wolnych Plemion powinno się opisywać poezją, doprawdy!

- Usłyszałem dość. – uciął Namiestnik i skinieniem ręki kazał strażnikom wyprowadzić świadka – Byłem skłonny skrócić cię o głowę, Vlamirze, jednak świadectwo obecnego tu przed momentem barda wzbudza we mnie ciekawość. Współpraca na polu bitwy przynosi rozmaite korzyści… Niestety, po rozegranym starciu i moi i wasi, ambasadorze, żołnierze nie mogą dojść do porozumienia. Trzeba to zmienić i ja wiem, jak tego dokonać. Nic tak nie zbliża nas, ludzi, jak karna ekspedycja w podłych warunkach. Niedospanie, głód i niepewność dnia następnego to wspaniałe narzędzia w rękach…

- Panie! – rzeźbione drzwi wypełniające wejściowy łuk sali otworzyły się gwałtownie, a między ich skrzydłami stanął posłaniec -  Przybył Eovil, dowódca ze Wschodniej Marchii! Prosi o pilną audiencję…

Denethor wstał, wyraźnie rozjątrzony przerwaniem narady w środku jego zdania. Wskazał posłańcowi drzwi wyjściowe, a wyraz jego twarzy nakazywał bezwarunkowe posłuszeństwo. Mężczyzna odwrócił się i bez słowa skierował swe kroki ku wyjściu, jednak to było już zasłonięte przez uzbrojonego mężczyznę. Po barwach odzienia i białym koniu na piersi nie można było mieć wątpliwości, co do tego, że mężczyzna był eorlingiem.

- Namiestniku Denethorze! – donośny głos wojownika odbijał się między ścianami sali przez kilka uderzeń serca – Nie przybywam prosić o audiencję, gdyż czas gra na mą niekorzyść. Z tego samego powodu zapewniam, że nie zajmę waszym uszom wielu chwil. Ciemność spowija Wschodnią Marchię i Brunatne Ziemie, moi ludzie walczą, by uchronić prostych mieszkańców Rohanu i Gondoru i z dnia na dzień ich opór słabnie. Król Theoden, zasiadający na tronie w Meduseld, skupia swe siły na zachodniej granicy, zaś me ostrzeżenia i prośby oddala.

- Dlaczego zatem liczysz, że ja ich wysłucham? I to w tej właśnie chwili, gdyż czas gra na twą niekorzyść? To bezczelne i intrygujące zarazem!

- Moja ciekawość także wzrosła. Dajże mu dokończyć, Namiestniku – zasugerował krasnolud, a Denethor ponownie usiadł, zagryzając koniuszki palców.

- Wschodnia Marchia od dawna nie miała tak nieosiągalnego przeciwnika. Od czasów Woźników, nikt trwale nie naruszył naszych granic, ale niedługo może się to zmienić. Moi ludzie znikają niby we mgle i obawiam się, że znam tego przyczynę… Stare, dawno zabliźnione rany odzywają się bólem, którego zaznałem w walce z Pałacem Węży lata temu. To jego mroczna moc zagraża i moim i waszym ziemiom! Ona… Miesza w głowach, sieje wątpliwości i strach w sercach dobrych żołnierzy. Akolici Pałacu wiedzą, jak to wykorzystać na polu bitwy… Udziel wsparcia, Denethorze!

Po przemowie rohirrima nastała cisza. Namiestnik wymownie patrzył w okno, a Vlamir, którego ciężkie przedramiona oparte były o stół, kręcił kółka kciukami.

- Niespełna miesiąc – zaczął cicho gondorski władca, a z każdym wypowiedzianym zdaniem jego słowa nabierały na sile – od najazdu na Ithilien. Teraz północ ma się obawiać ataku? Brzmi to niewiarygodnie, generale… czy jak cię tam wołają w Rohanie. Ponadto mówisz o sile, która jest mi zupełnie nieznana… Załóżmy jednak, że wierzę twoim słowom i chcę udzielić ci wsparcia. Co uczynisz z dodatkowymi żołnierzami? Każesz im stać na posterunkach i czekać, aż także znikną? W jaki sposób chcesz dosięgnąć swojego nieosiągalnego wroga?

- Wyjdę Siłom Ciemności naprzeciw i zmierzę się z nimi na polu. Tylko w taki sposób będziemy mogli pozbyć się mrocznych wpływów Pałacu raz na zawsze.

- Ambasadorze, myślicie o tym samym, co ja? – Denethor wstał ponownie i rozłożył ramiona w przychylnym geście – Udzielimy ci wsparcia, Eovilu. Ba! Nie tylko Gondor to uczyni, jestem pewien. Zorganizowana grupa awanturników z różnych stron Śródziemia znalazła schronienie w moich murach… Odpłacą mi, opuszczając je razem z tobą – Namiestnik zerknął pytająco na Vlamira, a ten skinął głową – innego wsparcia, niestety, nie mogę ci udzielić… A teraz żegnam. Zrób z tą wiedzą, co chcesz.

Eovil skłonił się po chwili zawahania, po czym obrócił się na pięcie i opuścił komnatę. Jasne włosy przykrył hełm, a zielona peleryna załopotała na wietrze.

***

Eovil zbliżył się do budynku, przed którym stał jego wierzchowiec. Kasztanowy ogier już od chwili wpatrywał się w swego pana i przyjaciela z nadzieją na rychłe siodłanie i rozpoczęcie podróży. Rohirrim podszedł do konia, poklepał go po szyi i sprawdził tylko, czy w korycie jest wystarczająco dużo wody, po czym udał się do wejścia. Drzwi do karczmy zaskrzypiały, wpuszczając mężczyznę do środka. Jego nozdrza wypełnił zapach stęchlizny i kurzu, charakterystyczny dla przybytków tego pokroju.

Rohirrim pewnym krokiem ruszył ku jedynemu zajętemu stołowi. Promienie zachodzącego słońca rozświetlały twarze, które obserwowały zbliżającą się do nich postać. Elfka, Krasnolud i Człowiek wstali na powitanie i pozdrowili wyczekiwanego gościa.

- Jak przebiegła rozmowa z Denethorem, Eovilu? Idziemy na Gash? Opowiadaj! – rzekł z odrobinę wymuszoną wesołością khuzd.

- Wygląda na to, że wszystko zmierza w sprzyjającym dla nas kierunku. Dobrze się stało, że przy wcześniejszym spotkaniu nakłoniliście mnie do tej audiencji. Namiestnik z wyraźną ulgą powierzył mi waszą grupę… Nie wiem, czym zaleźliście mu za skórę – dodał rozbawiony – ale to opowieść na inny wieczór – Eovil westchnął, a jego ton spoważniał – Dajcie swoim sygnał do wymarszu.

- Uczennica Khamula i jej poplecznicy z Pałacu Węży nie będą na nas długo czekać. – wtrąciła Elfka – Być może wejdziemy prosto w jej sidła…

- Cokolwiek ma się wydarzyć na Brunatnych Ziemiach, będziemy tam z tobą, przyjacielu – człowiek w burym odzieniu wstał i położył rękę na ramieniu Eovila.

- Obyśmy wrócili do tej karczmy w takiej kompanii, w jakiej ją opuszczamy… Ale nie rozmyślajmy i nie mitrężmy już. Czas nagli.