Część III – „Obowiązek”

Poły namiotu rozchyliły się delikatnie, wpuszczając do pomieszczenia zimny powiew jesiennego powietrza i budząc Gondorczyka drzemiącego na siedząco, u wezgłowia łóżka. Mężczyzna otworzył oczy – Brunatne Pola ukazały się w tle wpadającego do pomieszczenia światła pochodni – w wejściu stał jeden z jego wojowników.

- Duinhirze… – zaczął ten niepewnie, ściszonym głosem – Wybacz, że przeszkadzam. – zrobił pauzę, jakby czekał na reakcję swojego dowódcy – Do obozu przybyli podróżni. Gdy tylko usłyszeli o Duilinie, zaoferowali swą pomoc. Może…

- Odeślij ich. – odparł oschle mężczyzna i odwrócił głowę w stronę polowego łoża. Położył rękę na głowie czarnowłosego chłopaka złożonego w pościeli. – Niepotrzebni nam są znachorzy, prędzej czarodziej, który byłby w stanie ocalić mojego brata od szaleństwa.

- To Elfowie. – odpowiedział strażnik. Duinhir spojrzał na niego zaskoczony i poderwał się z miejsca.

- Prowadź do nich. – rzucił krótko mijając swego rozmówcę w przejściu.

*                             *                            *

Celebrandir odetchnął z ulgą. Gondorscy żołnierze, początkowo nieufni wobec niego i Indwen, teraz swobodnie rozmawiali między sobą, wymieniając się opowieściami z ostatniej bitwy. Wojna z Balkami stała u wrót. Taka chwila rozluźnienia i spokoju z pewnością miała dobry wpływ na ich morale. Celebrandir spojrzał dokładniej na tłum – część z żołnierzy wyglądała na podrostków. Zbyt duże ubrania i miecze, które dla większości powinny być prawie o pół łokcia krótsze. Elf przypuszczał, że trafili na wojnę tylko z powodu zagrożenia, jakie stanowi Wróg. Nagle śmiechy urwały się, a zza namiotu wyszedł gondorski dowódca. Mężczyzna był przyzwoitej postury, ubrany w brudny i zniszczony mundur z oznaczeniami kapitana. Ciemne włosy nosił, w odróżnieniu od zwyczajowej mody, krótko ścięte. Niebieskie oczy były zaczerwienione i podkrążone od braku snu, zaś zarost nie widział brzytwy od kilku dni. Celebrandir był pewny, że to właśnie o nim wspominali żołnierze. Dowódca, którego brat oszalał z powodu czarnej magii.

- Mae govannen! – przywitał mężczyznę elf, wychodząc mu naprzeciw z rozłożonymi rękami. – Nazywam się Celebrandir i jestem rzemieślnikiem z Mrocznej Puszczy. Przybywam na te ziemie ze specjalnym zadaniem od króla Thranduila. – przedstawił się szybko i ukłonił, z dworską nonszalancją.

- Witajcie. – odparł ponuro kapitan. – A jakimże to rzemieślnikiem jesteś? Jubilerem? Cieślą? Czy też może wśród twego ludu tak określa się wyjątkowo zdolnych wojowników?

- Nie, nie mamy w zwyczaju nazywać mistrzów miecza rzemieślnikami, choć na pewno by im się to spodobało. – z uśmiechem rzekł elf. – Jestem kamieniarzem i medykiem. Szkoliłem się w walce z czarną magią. I takie też powierzono mi zadanie. Przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się złych czarów, pochodzących ze Wschodu. A moja towarzyszka – obrócił się lekko w jej stronę. – nazywa się Indwen. Nauczam ją w kwestii walki z magią Dol Guldur i tego, jak jej przeciwdziałać. A ponadto jest całkiem uzdolnioną medyczką. Po powrocie stąd zapewne będzie kontynuowała naukę w tej dziedzinie, a nie ruszy w moje ślady.

Duinhir spojrzał na elfa podejrzliwie. Jak dla niego, był zdecydowanie zbyt gadatliwy. Ale, jeśli ten nie kłamie, może być jedyną nadzieją dla jego brata.

- Twierdzisz, że jesteś w stanie pomóc mojemu bratu. – zaczął cichszym głosem. – Wiedz, że nawet jeśli ci się powiedzie, to nie możesz od nas dostać nic, poza moją wdzięcznością.

- Pomogę twojemu bratu, kapitanie, ale tylko jeśli dotknęła go czarna magia panosząca się na tym terenie. – odparł poważniejszym głosem Celebrandir. – Jeśli zaś to zwykłe szaleństwo, to obawiam się, że ani moje, ani Indwen zdolności nie będą w stanie nic na to poradzić. I niczego w zamian nawet przez moment nie oczekiwałem.

- Rozumiem. Pozwólcie, że was do niego zaprowadzę.

*                             *                            *

Indwen widziała w swym krótkim jak na standard elfów życiu niejedno, lecz widok młodego wojownika ją przeraził. Przyuczając się do roli medyka leczyła rannych na ciele wojowników, którzy nie raz tracili kończyny w walce z orkami bądź pająkami, lecz tutaj, w gondorskim obozie, przekonała się, że rany na umyśle mogą być dużo gorsze od tych, które pojawiają się na ciele.

Chłopak leżał niespokojnie, jego ręce przywiązane były do brzegów łóżka. Włosy miał potargane, widać też było, że część z nich musiał sam sobie wyrwać. Wyraźnie targała nim gorączka, zaś zapadnięte i podkrążone oczy poruszały się niespokojnie. Śnił, lecz nie był to spokojny sen. Z jego mamrotania ciężko było cokolwiek zrozumieć.

- Podaliśmy mu zioła na uspokojenie. – powiedział Duinhir. – Nasz medyk musiał to zrobić, inaczej jego krzyki ściągnęły by w końcu wroga do obozu. Trwa w takim śnie już kilka dni. Staramy się go karmić, ale jak tak dalej pójdzie… – kapitan nie był w stanie dokończyć tej myśli. Widok jego brata sprawiał mu niemalże fizyczny ból.

Celebrandir podszedł do chłopaka i przyłożył jedną rękę do jego czoła, drugą na jego piersi. Nie musiał wybitnie się skupiać, by wyczuć czarną magię rozszarpującą myśli i kołaczącą się po głowie chłopaka. Coś w tym wszystkim było jednak dziwnego i wiedział, że będzie musiał jeszcze dokładnie się temu przyjrzeć.

- Indwen, podejdź. – powiedział. – Co o tym myślisz?

Dziewczyna spojrzała na niego niepewnie.

- Hîr… Nie jest z nim dobrze. Ledwo się trzyma tego świata. – odpowiedziała mu ściszonym głosem. – Bez wątpienia został dotknięty czarną magią, ale nie wiem, czy nie jest już dla niego za późno.

- Masz rację. – Celebrandir uśmiechnął się delikatnie. – Pozostało mu mało czasu i zawrócenie go z tej nieznanej nam drogi będzie wymagało ode mnie dużo sił. I dlatego tym bardziej uważam, że nie możemy go tak porzucić. Musimy sprawić, by zasnął snem głębszym i spokojniejszym od tego teraz. Sama dobrze wiesz, czego do tego potrzeba. – młoda elfka przytaknęła, cały czas zachowując poważną minę. Elf obróciwszy się do Godnorczyka kontynuował głośniej. – Kapitanie, niech ktoś zaprowadzi Indwen do medyka. Dajcie jej każde zioła, jakich będzie potrzebowała. A jeśli będzie potrzebowała czegoś z dziczy, wyślij z nią paru ludzi do ochrony.

- Próbowaliśmy już chyba wszystkich ziół. – odparł zniecierpliwionym głosem Duinhir. – Jedyne co udało nam się zrobić, to go uśpić.

- Proste dekokty nie zrobią nic więcej. – odpowiedział ze spokojem Celebrandir. Kapitan popatrzył na niego zaciekawiony. – Twój brat został dotknięty czarną magią. Klątwą. Zrobię co w mojej mocy, by mu pomóc, lecz musimy sprawić, by zasnął snem tak głębokim, że będzie przypominał martwego. I po to potrzebne nam są zioła. A teraz, jeśli go miłujesz, wezwij żołnierzy i wyślij ich z Indwen tak, jak poprosiłem.

*                             *                            *

Napar powoli wlewał się do ust nieprzytomnego wojownika. Gdy nic już nie pozostało w naczyniu, Indwen delikatnie opuściła jego głowę. Celebrandir obserwował jej działania z zadowoleniem.

- Teraz poczekajmy parę minut. – powiedział. – Niech chłopak zapadnie w głęboki sen.

- Hîr, mogę Ci zadać pytanie? – mówiąc to patrzyła na niego ze zmartwioną miną, a gdy przytaknął, kontynuowała. – Dlaczego im pomagamy? Przecież nie musiałeś się przyznawać, że jesteś w stanie pomóc temu chłopakowi. Prawdopodobnie moglibyśmy przejść pod ich nosem, a oni nawet by nas nie zauważyli. Król zlecił nam jak najszybsze wykonanie zadania, ale czy nie sprzeciwiamy się mu, ratując życie tego wojownika?

Elf zachichotał słysząc to pytanie.

- Moja droga Indwen… Przypomnij proszę, jakie były nasze rozkazy?

Uczennica popatrzyła na niego zdziwiona. Chwilę się wahała, po czym zaczęła mówić drżącym głosem.

- Mieliśmy wyruszyć na te ziemie, by z pomocą wszystkich znanych nam sposobów zahamować działanie Mrocznego Władcy na tym terenie, jak i zmniejszyć jego wpływy tutaj…

- I dokładnie to robimy. – przerwał jej uśmiechając się Celebrandir. – Musisz zrozumieć, że jego moc to nie tylko czarna magia i klątwy, nad którymi władzą obdarza swych żołnierzy. To przede wszystkim rozbijanie i skłócanie Wolnych Ludów Ardy. To sianie niepokoju i nienawiści między nimi…

- Ale ja ich przecież nie nienawidzę! – obruszyła się elfka czerwieniąc się ze wstydu. – Ja… ja im współczuję, tylko… Po prostu…

- Wiem, że ich nie nienawidzisz. – przerwał jej ponownie. – Jednakże, jeśli staniemy się obojętni na krzywdę naszych bliźnich, to również zbliżymy się do tego, by być takimi, jakimi pragnie nas Sauron.

- Rozumiem, Hîr. – powiedziała Indwen opuszczając wzrok. – Wybacz mój brak zrozumienia.

- Nie przejmuj się dziecko. Są starsi i ważniejsi od ciebie, którzy przeszli by obojętnie obok krzywdy dotykającej Atanich. – odparł jej ze śmiechem. – Ja zaś uważam, że pomaganie im jest naszą powinnością. Żyjemy dłużej, widzieliśmy więcej, niż oni. I naszym obowiązkiem powinno być wspieranie ich w działaniach przeciwko Złemu i strzeżenie przed jego zgubnym wpływem.

Ostatnie zdania mówił pełnym smutku głosem. Indwen zdała sobie sprawę, że pomimo tego, że na co dzień Celebrandir zachowywał się jak lekkoduch, głęboko w środku cierpiał z powodu konfliktów rozdzierajacych Wolne Ludy.

- Dość już czasu zmitrężyliśmy. – powiedział wracając do swojego zwyczajowego uśmiechu i sięgając po mieszek z kamieniami wiszący u pasa. – Czas uratować tego chłopaka.

*                             *                            *

Duinhir nie mógł uwierzyć w swoje szczęście widząc, jak jego brat otwiera powoli oczy. Był osłabiony, trupio blady, ale gorączka ani szaleństwo nie miały już nad nim władzy. Łzy radości ciekły po twarzy kapitana, gdy siedząc przy łóżku zauważył, że Duilin się budzi.

- Wróciłeś! – niemal krzyczał szlochając. – Wiedziałem, że dasz sobie z tym radę!

- Bra… bracie…! – cichym głosem wydusił z siebie Duilin. – Co… co się ze mną działo…? Czemu… jestem taki słaby…?

- Zachorowałeś – odparł mu pociągając głośno nosem. – Ale to już nieważne. Teraz leż i odpoczywaj. Wracaj do sił.

Po tych słowach obrócił się do stojącego w wejściu elfa i jego uczennicy. Ten, chociaż jego czoło skropione było potem, a oddech ciężki ze zmęczenia, uśmiechał się pełen zadowolenia. Indwen stała obok, niepewnie i zerkając na swego nauczyciela zmartwionym wzrokiem.

- Dziękuję wam. Nigdy w życiu nie będę w stanie spłacić tego długu. Czegokolwiek byście nie potrzebowali, mówcie. Zrobię co w mojej mocy.

- Cieszę się, że mogliśmy pomóc. – odparł mu Celebrandir przytakując i kontynuował poważniejszym głosem. – Twoja pomoc rzeczywiście mi się przyda. Jak już mówiłem, przybyłem tu, by stanąć naprzeciw czarnej magii. W tych lasach znajdują się obeliski, pozostawione tu pięćset lat temu przez Woźników. Wspomagają one mroczne rytuały, które wzmacniają twych wrogów i powodują zamęt wśród gondorskiego wojska. Mam ze sobą kamienie, które umieszczone w nich, osłabią działania i zmniejszą przewagę Balków nad waszymi oddziałami. Z pomocą twoich ludzi pójdzie mi to o wiele szybciej niż samemu.

Indwen popatrzyła na niego zaskoczona.

- Hîr, a co ze mną…? – zapytała.

- Ty wyruszysz na dwór Leśnego Królestwa, by jak najprędzej przekazać informacje o tym, co tu napotkaliśmy. Klątwa, którą chłopak został obłożony była tak trudna, bo nakazywała mu zabić samego siebie. A do tego, nawet Czarna Magia Saurona nie może nikogo zmusić. – elfka patrzyła na niego zmartwiona, zaś Gondorczyk spoważniał, słysząc te słowa. – Urok ten zapewne miał trafić kogoś innego. Nie wiem, czy to błąd kogoś, kto przeprowadzał rytuał, czy też zwykły przypadek. To, że trafiło akurat na niego, uratowało mu życie. Inna osoba nie byłaby w stanie oprzeć się tak potężnemu rozkazowi. Król Thranduil musi wiedzieć, jak potężną bronią włada przeciwnik i zareagować. Ruszaj, nie można z tym zwlekać. – Słysząc te słowa Indwen przytaknęła krótko i wybiegła z namiotu. Powaga sytuacji była  duża i nakazywała szybkie działanie. – Ciebie zaś kapitanie proszę o wybranie trzech najlepszych i najcichszych zwiadowców. Za godzinę ruszam wraz z nimi na poszukiwanie obelisków.