Część II – „Sidła”

Stała na krawędzi lasu otaczającego ruiny, które Gondorczycy i cała reszta tej hołoty dumnie nazywała swoją twierdzą.  Kiedyś, za czasów Czarnoksiężnika, teren ten na odległość dwustu kroków od murów był czysty, porośnięty tylko trawą, a atakujący byli idealnym celem dla stojących na wzniesieniach łuczników. Wtedy można byłoby to nazwać walką. Ale dobre czasy dawno minęły…  Dziś przedmurze porastały krzaki i młode drzewka, które pozwoliły na skryty atak jej wojsk. Twierdza nieomal została wzięta z marszu. Pechowo, któryś z bardziej wyrywnych orków krzyknął dla dodania sobie animuszu, a zaalarmowani Strażnicy zdołali stawić opór i wezwać posiłki. Ale było ich w porównaniu do atakujących żałośnie mało.

- Czarny Pan będzie zadowolony z tego zwycięstwa – Powiedziała z dumą Ghash, a jej usta wygięły się w grymas naśladujący uśmiech. Odłożyła hełm na płaski kamień, na którym rozłożona była mapa terenu oraz fiolki z eliksirami. Miecz trzymany w dłoni, odbijał złowrogo promienie słońca przebijające się przez burzowe chmury. – Nie tylko zajmiemy ziemię, ale również wyrżniemy wrogowi tak pieczołowicie zbierane wojska.

Stojąca u jej boku Wiedźma skinęła głową. Można by przysiąc, że uśmiecha się za szczelną chustą osłaniającą twarz. Erenis w sposób zwyczajny dla siebie unikała otwartej walki, bo, jak sama twierdziła, nie potrzebuje nurzać się we krwi, by wrogowie na sam dźwięk jej imienia uciekali w popłochu. Wojowniczka nigdy nie mogła tego zrozumieć. Dla niej jedną z największych przyjemności był szał bitwy, niepowstrzymana rzeź i zapach krwi wroga wypełniający nozdrza przy każdym wdechu.  Zanurzenie ostrza w trzewiach przeciwnika i oglądanie jak życie powoli ucieka z jego pełnych przerażenia oczu było wręcz ekstazą. Tym razem jednak musiała odmówić sobie tej przyjemności. Nadal nie wróciła do pełni sił po tym, jak samodzielnie musiała stawić czoła połączonym siłom Elfów, Krasnoludów i Ludzi. Dotknęła boku, który ciągle piekł, choć dokładnie opatrzony i zabandażowany. Nacisnęła mocniej w miejscu, gdzie ciął ją miecz, a spod szaty, na bladą nogę popłynęła stróżka krwi.  Drûinakh! – zaklęła w myślach. Co prawda Erenis była wówczas w pobliżu, ale wolała bawić się w swoje przebieranki. Nawet teraz, podczas bitwy, dalej zakrywała swoją twarz. Wydawałoby się, że Wiedźma wstydzi się swego oblicza. Była to kolejna rzecz niepokojąca Ghash, która z dumą prezentowała swą trupiobladą, budzącą grozę fizys.

Z zamyślenia wyrwał ją nagły hałas. Oddział Orków, zaatakowany od tyłu przez połączone siły Krasnoludów i Ludzi z Dale, cofał się niebezpiecznie, pchany w stronę wzmocnionej drewnem ściany fortu. Proporce herbu Durina i smoka przeszytego strzałą powiewały na wietrze … musieli wyjść jakim tajnym wyjściem i teraz zaatakowali od tyłu pierścień jej wojsk. Początkowe zdumienie szybko zaczęło przeradzać się w gwałtownie rosnącą złość, gdy ten szaleńczy manewr Wolnych Plemion zaczął przynosić im wyraźną przewagę. Losy tak łatwo wygranej bitwy nagle zaczęły się odwracać, gdy tyły armii Czarnego Pana pierzchały w panice przed raptem garstką atakujących.

- Cóż, chyba jednak nie będzie aż tak zachwycony, jak myślałaś – Odezwała się szyderczo Erenis. Ghash posłała jej lodowate spojrzenie. Zza chusty zakrywającej twarz Wiedźmy widziała tylko jej pełne rozbawienia oczy. Przez moment wydawało się, że dostrzega też zadowolenie Erenis z faktu, że obrońcy ruin przeżyją, lecz na ten moment odsunęła od siebie tę myśl, bo właśnie otworzyły się bramy twierdzy i główne siły obrońców uderzyły zwartym klinem w naruszone strachem orcze oddziały. Tarcze żołdaków Białego Miasta osłaniały pozostałych przed gradem strzał i ciosami zakrzywionych szabli. Widziała śmigające w powietrzu strzały wypuszczane przez elfich łuczników stojących w drugiej linii obrońców. Widziała rzucających się do pojedynków z Korsarzami mężczyzn i kobiety w szarych płaszczach, padających Rhudaurczyków. Mimo przewagi liczebnej jej wojska nie potrafiły stawić skutecznego oporu. A ta zbieranina miała być łatwą zdobyczą, ot, kolejną potyczką w dalekosiężnym planie znalezienia Henneth Annun, przez wiele lat tak zawzięcie strzeżonego przez ludzi spod sztandaru Białego Drzewa, i ostatecznego rozbicia Strażników Ithilien. Planie otwarcia drogi na zachód.

Nie mogła dopuścić do klęski. Co prawda trzymała TO na specjalną okazję, ale czy zwycięstwo, w połączeniu z możliwością starcia uśmiechu z ust Erenis taką nie jest?

- Czy naprawdę myślałaś, że nie byłam przygotowana na taką sytuację? – zapytała Ghash, z lodowatym spokojem w głosie. Wyjęła spod szat naszyjnik – oprawiony w srebro i przyozdobiony drobnymi oczkami łańcuszka czarny, oszlifowany kamień lśnił złowrogo w słońcu. Trzymając go w dłoniach czuła przepływającą przez palce moc.

- Moja droga Erenis – Wychrypiała z podnieceniem wojowniczka – Widzisz kamień, który zawiera największy Dar z Pałacu Węży. Moc, która jest podarunkiem od samego Saurona, jego namaszczeniem wojowników. Siłą Woźników zaklętą w czarnym pyle. Da nieokiełznaną siłę mojej armii. A wtedy Wolne Plemiona zostaną obrócone w puch,  wszyscy niechybnie zginą. Przeklęci Strażnicy także. – Wiedźma otworzyła szerzej oczy, patrząc z przerażeniem. Widząc to, Ghash mimowolnie się uśmiechnęła. – Patrz uważnie i podziwiaj prawdziwą potęgę Ghash, Zabójczyni z Pałacu Węży, uczennicy samego Khamula!

Użycie Zdolności było wymagające dla każdego Zabójcy, nawet jeśli był w pełni sił, ale teraz musiała zaryzykować. Każda inna droga do zwycięstwa była zamknięta. Ghash wysunęła się do przodu, zacisnęła dłonie dookoła przedmiotu i wyciągnęła ręce przed siebie, zamykając oczy. Wiedziała, że potrzebuje się maksymalnie skupić i nie może pozwolić uciec wrogom. Powoli rozpoczęła inkantację, czując jak moc z naszyjnika powoli kształtuje się w jej dłoniach. Nagły brzdęk szkła i ból topionej na plecach skóry wybił ją ze skupienia. Poczuła, że pada na ziemię. Wzięła kilka głębszych oddechów i otworzyła oczy. Wszystko było rozmyte. Szybko odwróciła się, szukając agresora. Gdy odzyskała ostrość widzenia ujrzała znikające między drzewami plecy Erenis. Ghash wściekle krzyknęła, a pobliskie ptaki zerwały się przerażone do lotu.

- Przeklęta Wiedźmo! Jesteś zbyt słaba na miejsce w armii Władcy Ciemności! Mroczny Pan się o ciebie upomni!

Podniosła się z trudem i zwróciła oczy w stronę pola bitwy. Ostatni spośród przedstawicieli Wolnych Plemion, wspomagani przez Strażników, wyrywali się właśnie z obszaru oblężenia. Jej armia, złamana nagłym atakiem, pierzchała w popłochu. Czarny Władca z pewnością nie będzie zadowolony z tego, że uciekli. Nie był to jedyny jej problem. Atak Wiedźmy spowodował, że upuściła artefakt zawierający Dar Pałacu Węży. Nie mogła dopuścić, by coś tak potężnego zaginęło. Nikt poza Zabójcami z Pałacu nie miał prawa ich używać i utrata jednego z nich z pewnością szybko zakończyłaby jej żywot. Padła z powrotem na kolana przeczesując wysoką trawę swymi bladymi dłońmi. Po chwili rozpoznała fragmenty łańcuszka na którym wisiał i poderwała przedmiot do góry. Jej blada zazwyczaj twarz zrobiła się jeszcze bielsza. Kamień był uszkodzony. Widziała wyraźnie przebiegającą przez niego skazę. W jeszcze większe osłupienie wprawiło ją jego dotknięcie. Był pusty, zupełnie jakby Dar został ofiarowany. Ale komu? Kto był pod jego wpływem? Przeklęta Erenis!

- Jak to możliwe…? – rzuciła cicho w pustkę Ghash, klęcząc w trawie i ściskając w dłoni medalion.  Czuła narastający strach przed konsekwencjami całej sytuacji. Cóż mogła zrobić?

Przypomniała sobie lekcje, które otrzymała od Khamula i uspokoiła swe myśli. Ból dodawał jej sił. Zaczęła zastanawiać się nad możliwymi rozwiązaniami sytuacji. Czy gdziekolwiek w archiwach Pałacu Węży były zapiski o uszkodzonych naczyniach na Moc? Nie była w stanie przypomnieć sobie choćby jednego takiego przypadku. Naszyjnik był największym darem, jaki Zabójcy otrzymali od Saurona i od zawsze był traktowany z czcią i dbałością. Jeśli w wyniku ataku Erenis, Dar zaszkodzi jej armii lub, co gorsza, wzmocni Wolne Plemiona, bez wątpienia Ghash za to odpowie. Szybko doszła do wniosku, że bez względu, jaki był efekt rzucenia czaru, musi odzyskać nad nim kontrolę. I jako Zabójczyni z Pałacu Węży doskonale wiedziała jak to zrobić.