Część IV – „Oczy Węża”

Koń rzucił łbem gryząc wędzidło. Ozdoby na ogłowiu zadzwoniły metalicznie. Jeździec ściągnął mocno wodze, co ewidentnie nie spodobało się karoszowi: tupał i szarpał łbem. Ravil spojrzał przez ramię. Zza zakrętu wyjeżdżali właśnie jego towarzysze. Najlepsi synowie i córki Rarogów, wybrańcy, tak jak on, Pałacu Węży, jechali strzemię w strzemię niczym grupa Nazgûli. Tak samo niebezpieczni, ale zdecydowanie bardziej kolorowi. Ravil powolnym ruchem przetarł mokrą od potu, nagą głowę po czym sięgnął za pazuchę aby po raz kolejny upewnić się że naczynie znajduje się w bezpiecznym miejscu. Namacał ciągły, pulsujący kamień i przez chwilę napawał się zamkniętą w nim energią. Dar powodował, że byli niemal niezwyciężeni, dawał ukojenie i spokój ducha, pozwalając skupić się na zadaniu.

- Pospieszcie się, przed zmrokiem chcę być na Brunatnych Polach!
- Tak, mistrzu! – jadąca po lewej stronie postać kiwnęła głową. Jako jedyna kobieta w tym towarzystwie nadrabiała gorliwością. Ravil widział jak uderza własnego gniadosza piętami i wysforowuje się przed pozostałych – Dlaczego jest nam tak śpieszno? Czy możesz nam wreszcie powiedzieć, kto tym razem będzie celem naszych ostrzy?
- Później! Nie ociągać się! Jeśli macie czas na gadanie, to znaczy, że nie dostatecznie popędzacie swoje wierzchowce. Galopem!

Ravil ponownie ściągnął wodze konia tak, że ten musiał stanąć dęba. Oddział zrównał się ze swoim dowódcą. Karosz po krótkim postoju miał energii na tyle, żeby wysunąć się na przód i pociągnąć za sobą resztę stadka. Powoli zapadał zmierzch.

(…)

Suche polana trzaskały w ognisku od czasu strzelając i sypiąc iskrami za każdym razem gdy w ogień spadał tłuszcz z piekącego się królika. Spętane konie pasły się na pobliskiej polance.

Nie musieli się już śpieszyć. Tuż po zmroku przekroczyli strumień będący granicą Brunatnych Pól. Ravil popędzał ich przez ostatnie dni, ale głównie dlatego, że nie chciał ryzykować spotkania z ulewą, która potrafiła zamienić miejscową glinę w śmiertelną pułapkę. Spojrzał na niebo. Nie powinno padać przez następne dni. Księżyc szedł na pełnię, rozświetlając pobliskie drzewa czerwoną łuną. Krwawy księżyc to dobry znak dla zabójców. Ravil spojrzał po swoich – cisi i skoncentrowani. Uśmiechnął się delikatnie samymi kącikami ust. Najlepsi z najlepszych.

Mistrz zobaczył kątem oka delikatny ruch. Jaszczurka wyszła z dziwnie uformowanego, omszałego, kamienia. Ravil podszedł, przegonił ją ręką, podniósł dziwny kształt, odłupał mech i ziemię. Kamień okazał się bezzębną czaszką, starą i pożółkłą, z wielką dziurą na prawej skroni. Kolejna kość. Wszędzie na Brunatnych Polach walały się kości. Tak samo często, jak kamienie na polu jego ojca. Przyjrzał się dokładniej znalezisku – w kilku miejscach czaszka była niemal czarna i błyszcząca niczym mika. Wojownik uśmiechnął się. Długie obcowanie z Darem czasem zostawiało czarne ślady na ciele, ale żeby te odcisnęły się na kości, ktoś musiał żyć z nim przynajmniej kilka lat. Patrzył więc w oczodoły swojego praprzodka.
- Jak ci na imię, Woźniku? – Zapytał cicho.
Czaszka patrzyła na niego uważnie pustymi oczodołami.

* * *

Teren był dogodny do ataku. Łagodnie opadające zbocze wzgórza pozwoliło skryć większość sił, zabezpieczając je przed morderczym ostrzałem Gondorczyków. Ale teraz, gdy własne zapasy zaczęły się kończyć, nastawał czas wozów. Jeden po drugim wyjeżdżały zza wzgórza i ustawiały się w linię. Jagan wiedział, że dopóki za łukami przeciwnika nie stoją elfy, o wyniku bitwy decydować będzie starcie wręcz, szczęk mieczy i trzask łamanych kości. Na sąsiednim wozie jeden z łuczników, trafiony przypadkową strzałą zwiesił głowę. Bez słowa zastąpiły go rezerwy.

Dziś miały się zdecydować losy dwumiesięcznej kampani. Jeżeli Jagan wygra, weźmie w jasyr żony i dzieci tych głupców, zabierze ich bydło i kosztowności. Jeżeli przegra, cóż, to nie będzie jego problem. Spojrzał do tyłu przez ramię. Dwóch młodzików, dla których była to pierwsza wyprawa, kuliło się strachliwie za burtami. Mógł zabrać ze sobą doświadczonych wozowych, ale był dowódcą, musiał pokazać, że wierzy we wszystkich swoich ludzi. Tuż przed chłopakami, w wiklinową ścianę, ze świstem wbiła się strzała. Pierwszy odskoczył strachliwie, włócznik, stojący obok, posikał się ze strachu. Jagan zdjął hełm i z pogardą cisnął go na podłogę. 
- Mam u siebie Woźników, czy przypałętały się tutaj jakieś gondorskie szczeniaki? Poderżnąć wam gardła i wziąć sobie nowych ludzi? A może przypomnicie sobie kim jesteście? Hm?
- Aale Panie…
Jagan zaśmiał się. Kolejna strzała przeleciała obok jego głowy i ugodziła niewolnika ładującego zapasy na ich wóz. 
- Sadinie, synu Farry – celowo nie przywołał imienia jego ojca, jakby włócznik był niewiastą, aby dopiec młodemu – Gdyby każda strzała trafiała, to matki nie nadążały by rodzić nowych wojowników. Ładujcie wóz, zaraz…
Jego słowa zostały zagłuszone przez rogi. Odwrócił się i zobaczył, że Gondor zdołał uszykować linie i szarżował w górę zbocza. “Odważni głupcy. Jeszcze dziś posiądę wasze żony.” – Pomyślał. Wzniósł chepesz i z całej siły zawył. Odpowiedział mu ryk tysięcy gardeł. Szarpnął za lejce i jego wóz potoczył się w dół zbocza. Odwrócił się. Łucznik którego miana nie znał, właśnie wskakiwał na wóz z pękiem strzał. 
- Jak ci na imię, Woźniku? – zapytał.
- Azzar, syn Hasina, wodzu! Jeno czemu teraz pytasz?
- Aby przodkowie, którzy patrzą na mnie, wiedzieli u czyjego boku zwyciężam.

Wozy toczyły się coraz szybciej. “Nasze uderzenie zmiażdży ich samym tylko impetem.” Jagan mocno naciskał na hamulec, aby kolaska nie podcięła jego czwórki koni idących w pełnym galopie. Starcie miało się odbyć na niemal płaskim terenie, ale wozy, rozpędzone z pełnej wysokości wniesienia będą miały przewagę. Jagan puścił hamulec. Wóz podskakiwał na nierównościach. Mimo to jego łucznik, tak jak setki innych, zaczął strzelać do nadjeżdżających wrogów. Jagan krzyczał, jakby jechał na przedzie stada Wargów. Na piersi czuł jak ciepły kryształ z Darem, napełnia go spokojem i radością ze zbliżającej się rzezi.
Błysk metalu na wzgórzu po wschodniej stronie pola przyciągnął jego wzrok. W oddali zaroiło się od gondorskich łuczników w srebrnych pancerzach. Ktoś zaświstał i całe czoło wrogiej armii zawróciło niemal w miejscu. Byli tak blisko, raptem sto kroków od czoła wozów. 
- DALEJ! Chcę ich krwi!! – zawył Jagan.
Nim przebrzmiały te słowa, pierwszy wóz wpadł w zamaskowany dół. Konie zakwiczały straszliwie, a cały pojazd poleciał w powietrze. Potem kolejny i kolejny. Wycie ludzi i koni, którym dyszle łamały kregosłupy zlały się w jedno.
- DOŁY! – ostrzeżenie było irracjonalne. Pocieszał się, że wróg nie miał czasu wykopać ich dużo i sądząc po miejscu zwrotu, minęli już linię gdzie były przygotowane.
Wtedy dostrzegł salwę. Niczym stado kosów, ciemne, furkoczące piórami punkty na niebie – wszystkie idealnie tak, jak zostały wycelowane. Jagan obejrzał się za siebie. Azzar strzelał z zaciętą miną, Sadin z przerażeniem patrzył w niebo. Jagan, jeden ze sławniejszych wodzów Woźników uśmiechnął się.
- Też nie spodziewałem się, że będą mieli jeszcze tyl…
Strzała o stalowym grocie uderzyła go w skroń. Ostatkiem świadomości pożałował, że jednak nie zabrał z podłogi hełmu.

* * *

Ravil uśmiechnął się do bezzębnego czerepu.
- Nawet Dar nie uchronił cię od śmierci, Woźniku – zabójca dotknął czarnego miejsca na czaszce. Widząc skupione spojrzenie swoich towarzyszy, uśmiechnął się.
- Niech będzie to dla was nauczka, że Dar nie sprawia, że jesteście nieśmiertelni. Pozwoli wam tańczyć ze śmiercią, zwodzić ją, ale jeżeli popełnicie błąd, tak jak ten tutaj – wzniósł czaszkę – umrzecie, a Pałac Węży poniesie stratę.
Jego ludzie pokiwali głowami, rozumiejąc.
- Co dalej, Mistrzu? – zapytała Hara
- Jesteśmy już blisko, moja siostro. Za kilka dni spotkamy się z Ghash.Tutaj, na Brunatnych Polach. Dowiemy się, co stało się z Darem, który otrzymała i czy dobrze spełniła powierzone jej zadanie.
- Jeśli go utraciła… Czy będziemy musieli zabić uczennicę Khamula? – w głosie Hary nie było słychać współczucia, czy troski. Jedynie zimną i wyrachowaną ciekawość.
- Niekoniecznie – odparł ze spokojem Ravil. – Ghash ma mój szacunek. Zawsze wiernie służyła Pałacowi. Tak cennego życia nie można odrzucić z powodu jednego błędu.
Zebrani ponownie pokiwali głowami. Ghash nie była z żadnego z ich plemion, lecz braterska przyjaźń, jaką darzył ją Ravil oznaczała, że jej życie jest warte więcej i nie należy go za szybko kończyć.

(…)

Mistrz Pałacu Węży podał wodze karosza jednemu ze swoich ludzi. Leśna polana wręcz zasłana była ludzkimi szkieletami. Żebra i czerepy pokryte zardzewiałymi resztkami pancerza. Wszystko poprzerastane zielskiem, czasem ledwo widoczne na tle podszytu. Kości były tak stare, że czasem wystarczyło ich dotknąć aby rozpadły się w proch. Pod wielkim nawisem skalnym, u wejścia u do jaskini, zachowały się lepiej, chronione przed zgubnymi wpływami wiatru i wody.
- Dobre miejsce na obóz. Tu się zatrzymamy – wskazał na wykrot, w którym z powodzeniem mieścił się na wysokość i koń i jeździec.
- Wśród tych wszystkich trupów, mistrzu?
Ravil spojrzał na swojego człowieka z pogardą.
- Obawiasz się, że martwi zrobią ci krzywdę? – parsknął – Może zatem od razu zawróć?
Człowiek patrzył na swojego dowódcę, ale nie odpowiedział nic.
- Idziemy. – rozkazał wojownik.
Ruszyli. Ravil co pewien czas słyszał trzask łamanych kości, gdy koń nastąpił na szczątki. Po pewnym czasie wszyscy dotarli do pieczary, gdzie bezpiecznie i ciepło można było pozostać na noc. Hara spętała konie a reszta układała miejsce pod ogień. Mistrz przyjrzał się najbliższemu szkieletowi. Kości nie miały śladu Daru.

Rozdmuchiwane ognisko zaczęło śmielej oświetlać pieczarę. Ravil przechodził coraz dalej, w głąb jaskini. Trupów było tu więcej. Wojownik zamyślił się – słyszał opowieści o Bitwie o Obóz, gdzie zaskoczeni Woźnicy zostali wycięci w pień przez połączone siły dwóch armii Gondoru. Nikt i nigdy nie pokonał tak sromotnie jego pobratymców. Ale żadna kość nie przetrwałaby na wolnym powietrzu tysiąca lat. Te trupy musiałby być z późniejszych czasów, prawdopodobnie z wypraw samego Sargossa… W ogniu wojownik dojrzał błysk pomiędzy kośćmi. Podszedł i nachylił się. Spomiędzy żeber sterczał sztylet, wbity częściowo w twardą tkankę, pewnie wszedł w ciało prawie po sam koniec. W głowicy broni błyszczał słabo rubin wielkości sporego orzecha, zaśniedziały i pokryty warstwą kurzu, stracił ze swojego dawnego blasku. Stara broń – czas kompletnie zniszczył owijkę rękojeści ale złocony jelec i pióro zachowały się idealnie. Ravil wyszarpnął broń z trupa. Głownia była wykonana z mithrilu. Dziwne, że ktoś zostawił tak drogą broń w ciele. Chyba, że ten ktoś chwile później sam zginął…

* * *

- Pozwalasz pić swoim ludziom, gdy jesteśmy ścigani? – Sargoss nie krył oburzenia – Jesteś na wyprawie wojennej, Qountarze, a zachowujesz się jakbyś świętował zebranie plonów
- Słusznie zauważyłeś, wuju. To moi ludzie. Robią to, co im rozkażę – Młodzik wzniósł puchar – Moi wojownicy stoczyli bitwę. Należy im się chwila wytchnienia.
- Bitwę? Ty to nazywasz bitwą, Qountarze? To byli chłopi! Na naszych plecach siedzą wojska Eotheodów i Gondorczyków. Regularna armia! A ty rozkazałeś swoim ludziom świętować.
Sargoss rozejrzał się. Pod nawisem skały właśnie rozbijano namiot dla wodza. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, zalegali ludzie, raczący się zrabowanym winem i coraz głodniej spoglądający na przerażone dziewczyny wzięte w jasyr. Jego przyboczni karnie stali na krawędzi polany.
- Powtórzę, Sargossie. To ja dowodzę wyprawą i ja decyduję, kiedy zwycięstwo było godne, by świętować. Nie podoba Ci się, to wynoś się w takim razie.
Sargoss przez chwilę poważnie rozważał wyprucie flaków bratankowi. Na szczęście Dar skutecznie powstrzymywał takie zapędy. Odwrócił się na pięcie i zaczął iść w kierunku swoich. 
- Chwileczkę, wuju. Chyba o czymś zapomniałeś – Sargoss odwrócił się. Na ustach Qountara tlił się złośliwy uśmiech – Bitwa była wygrana, co oznacza, że Wodzowi należy się dar. Co masz dla swojego WODZA, Sargossie?
Krew zawrzała w żyłach upokorzonego. Widział, jak ludzie bratanka przyglądają się, obserwując, czy wielki Sargoss, mistrz Pałacu Węży, ukorzy się przed ich panem. Znieruchomiał, tak jakby bał się, że jeżeli pozwoli ciału na ruch, ono po prostu zamorduje młokosa. Sargoss przez chwilę drżał z zamkniętymi oczami. Gdy je otworzył, lewe było całkowicie czarne. 
- Oczywiscie, o wielki wodzu Qountarze. Zgodnie z tradycją należy Ci się dar. Oto on – Pewnym ruchem dobył sztyletu. W świetle ognisk błysnęło złoto i czerwień. Broń świsnęła i wbiła się pomiędzy nogami przerażonego młodzika. Wielki wódz kwiknął, podskoczył i oblał się winem. – Mam nadzieję, że podarunek jest wystarczająco godny. A przeczucie mi podpowiada, o wielki wodzu, że jeszcze dziś w nocy możesz zrobić z niego użytek.
Sargoss odwrócił się i zaczął odchodzić. Czekał na krzyki i próbę zatrzymania siłą. To byłoby miłe – Dar łaknął krwi. Niestety zawiódł się tego wieczoru po raz kolejny.

(…)

Dla Peledira zaistniała sytuacja była podarunkiem od losu. Z siłami, które miał, mógł liczyć na dokonanie zwiadu, może stoczenie potyczki z podjazdem wroga. Główne siły były sporo z tyłu, pewnie kilka mil za jego plecami i obecnie stały na popasie. Wysłany goniec dotarłby do nich w ciągu godziny, wojska były gotowe do wymarszu w ciągu kolejnej, droga ciężkiej jeździe zajęłaby ze dwie. Peledir liczył. Za cztery godziny będzie już jasno i większość Balków może wytrzeźwieć. Wróg miał niezłą pozycję i nadal miałby przewagę liczebną. Oczywiście mógł nic nie zrobić, ale nie należał do tego typu osób. Wyszeptał do leżącego obok zastępcy.
- Zbierz ludzi, atakujemy teraz.
- Dowódco, w dwustu przeciwko paru tysiącom? – Otir był odważnym mężczyzną, ale teraz szczerze wątpił w poczytalność dowódcy. 
- Śpią zmorzeni alkoholem. Zanim przyjdą nasze wojska będzie świt, a oni nieco przetrzeźwieją. To nasza szansa, przyjacielu. Zbierz ludzi, atakujemy.

(…)

Świst strzał i skowyt umierających. Jeżeli tak wyglądała otchłań, to Qountar właśnie się w niej obudził. Próbował zapytać swojego gwardzistę, co się dzieje, ale tamten, nim odpowiedział, padł przeszyty strzałą. Między ogniskami uwijały się czarne demony otchłani, o skrwawionych ostrzach. Jego ludzie nie mieli żadnych szans, ginęli setkami. Kolejnych dwóch gwardzistów, którzy próbowali go wyprowadzić, położyły strzały. Qountar dostrzegł zamglonym wzrokiem kilka demonów kierujących się w jego stronę, gotowych wydrzeć kolejną, cenną duszę. Jak przystało na demony otchłani, mieli czarne twarze, a ich ubrania i broń unurzana była we krwi wrogów. Na oczach Qountara, jego ostatni obrońcy padli przed potęgą wroga. Teraz szli po niego. Dostrzegł sztylet podarowany mu przez Sargossa. Podniósł go i obnażył. Otchłań nie dostanie jego duszy. Krzycząc przodkom swe imię, wbił sobie sztylet prosto w serce.

* * *

Ork przyszedł o świcie. Chciał wyglądać na pewnego siebie, ale widok zabójców wprawił go w takie przerażenie, że ledwo był w stanie się wysłowić.
- Blada Pani was oczekuje – Wymamrotał w Czarnej Mowie – Mam… mam być waszym przewodnikiem, panie!
- Doskonale. Zaczekaj, musimy zwinąć obóz. Czeka nas daleka droga?
- Eee, ze pół dnia, panie. Wy macie dobre konie – Ork oblizał się wskazując na spętane wierzchowce – może krócej.
Zaczęli zbierać obóz. Szło im bardzo sprawnie. Hara przez chwilę wahała się.
- O co chodzi, siostro? – Ravił przywołał ją ręką.
- Zastanawiam się, mistrzu czy tu może leżeć gdzieś nasz przodek, o którym wspomniałeś, o którym tyle mówiono w pałacu. Ten Sargoss. Może powinniśmy go poszukać? Jego kości nie powinny pałętać się niepogrzebane.
- Nie ma go tu, Haro. Jego ciało tak przesiąknięte było Darem, że bez trudu wyczulibyśmy jego obecność… Nie, moja droga, Sargoss leży gdzie indziej. Ale nie martw się, odnajdziemy i jego.
Wyruszyli, kiedy tylko słońce zaczęło prześwitywać przez korony drzew. Przewodnik musiał nieźle przebierać nogami, bo Ravil narzucił ostre tempo. Mimo to dotarli do obozu Ghash dopiero wczesnym popołudniem. Ork był kompletnie wykończony. Padł na ziemię jak tylko zobaczył znajome namioty i ciężko oddychał.
Ravil spojrzał na swoich ludzi. Widział ich skupione twarze i doskonale wiedział, że nie musi nic mówić.
- Jestem z was dumny. Pamiętajcie, po co tu jesteśmy. A teraz pochylcie głowy – oto jest Dar.
Wyciągnął zza pazuchy kryształ. Wyszeptał Słowa i pozwolił aby jego i resztę zabójców wypełnił zimny spokój. Z niemałym zadowoleniem dostrzegł formująca się czarną, błyszczącą plamkę w okolicy kciuka lewej dłoni. Dar wreszcie zaczął przebijać się na zewnątrz.
- A teraz chodźmy zobaczyć się z Ghash, aby upewnić się, czy nie przyniosła hańby Pałacowi Węży.

* * *

Byli blisko. Pierścień obławy zaciskał się z każdą chwilą. Godzine temu stoczyli krwawy bój, próbując sie przebić z okrążenia. Bój o brzasku przeżyła raptem garstka, w większości poranionych wojowników. Sargoss, sam ranny – strzała zdruzgotała mu barku – zrozumiał, że nie mają dokąd uciekać. W duchu przeklinał swoją arogancję. Gdyby nie podzielili sił, bez trudu roznieśli by Gondorczyków. A tak, zostawało tylko godnie umrzeć.
- Zbliżcie się wszyscy – ocalali podeszli do niego. Niektórzy już stracili nadzieję, u innych w oczach tliła się jeszcze wiara w geniusz wodza – Nie wyrwiemy się, ale nie zamierzam im pozwolić tanio zdobyć nasze głowy. Dam wam coś, co pozwoli być niezwyciężonymi wojownikami. Kto wie, jeżeli okażecie się godni, być może Dar pozwoli nam dziś zwyciężyć. 
Gdy szeptał słowa zaklęcia widział, jak jego ręce trzymające klejnot stają się czarne. Przerażenie ulatywało z ludzi niczym poranna mgła pod dotykiem słońca. Ranni prostowali się, jakby ból przestał mieć dla nich znaczenie. Zaczęli wyć niczym stado Wargów. Sargoss, dobywając miecza uśmiechnął się. Gondorczycy musieli się mocno zdziwić, uświadamiając sobie, że poszukiwani krzyczą niczym dawni, opiewani w pieśniach Woźnicy. Tak, jakby chcieli, aby łatwiej ich znaleźć. Wielu później pożałowało, że nie usłuchało ostrzeżenia. Ale ludzi Sargossa było zbyt mało. Dar dał im spokój i pozbawił czucia bólu, ale nie czynił nieśmiertelnymi. Sam Sargoss padł po otrzymaniu dwunastu ciosów mieczem i trzech strzał.

Gdy leżał, oparty o drzewo, rozbrojony i trzymany na ostrzach, podszedł do niego młody mężczyzna.
- Nazywam się Eorl i jestem wodzem, który cię pokonał Sargossie. Balkowie już nigdy nie zagrożą tym ziemiom. Nie będzie krwawych rajdów, jak za czasów Woźników. Przegrałeś.
Sargoss zaśmiał się i zakaszlał.
- O nie, głupcze, podbój dopiero się zaczął – splunął krwią – Przeklinam ciebie i tę ziemię. Nigdy nie będziecie nią władać.
- Mylisz się!
Sargoss już mu nie odpowiedział.

Kategorie

Tagi: