Wstęp

               Melodyjny szum wodospadu okraszony szeptem zielonych liści i przyjemnym dla ucha  świergotem ptaków poruszyłby niejedno serce. To miejsce łączyło w sobie wszystko, co zostało wyśpiewane w dawnych dziejach. Surowość i dostojeństwo górskich szczytów spowitych mgłą. Tajemniczość i spokój leśnych mateczników ukrytych przed postronnymi w gęstwinie drzew. Sielankowy oraz błogi nastrój łąk powodujący u niejednego wędrowca chęć przycupnięcia pod pobliskim drzewem i rozpalenie fajki, nabitej dobrym fajkowym zielem. Tylko po to, aby popodziwiać otaczający go cud natury. Spadająca woda rozpryskiwała się na kamieniach tworząc bajeczną mgłę, która skrzyła się wielobarwnie w promieniach słońca. To wszystko potęgowała wrażenie, że to miejsce jest jedynie mirażem, snem. Jeziorko leżące u podnóża wodospadu było otoczone z każdej strony może niezbyt pokaźnymi, ale dostojnymi drzewami o pięknych i zdrowych liściach. Przy brzegu stawu królowały pospołu zwaliste głazy o szarej skórze pokrytej gdzieniegdzie mchem oraz niskie i rozłożyste krzewy.

            Pomiędzy zaroślami przekradała się młoda sarna chcąca zapewne ugasić pragnienie. Ostrożnie stawiając kroki mijała wszystkie przeszkody. Zatrzymała się nad brzegiem jeziorka, rozejrzała się po okolicy, nadstawiła uszu. Po chwili opuściła swoją smukłą szyję i jęła pić chłodną, krystalicznie czysta wodę. Kiedy już zaspokoiła pierwsze pragnienie i podniosła swoją głowę znad tafli ujrzała kawałek od siebie mężczyznę, który stał zaledwie kilka susów od niej. Spłoszona tym widokiem umknęła rychło w między drzewa.

            Człek popatrzył z nieukrywanym zaciekawieniem na uciekającą młodą sarenkę uśmiechając się do siebie. Odpiął od pasa bukłak z cielęcej skóry i zaczął czerpać wodę z jeziora. Upił kilka łyków chłodnego, świeżego płynu z naczynia i ponownie wziął się za uzupełnianie zapasów.

            Największym elementem jego odzienia był płaszcz z kapturem w kolorze zgniłej zieleni. Pod nim ukrywała się kamizela z bydlęcej skóry w kolorze starej dębiny, spod której wystawały fragmenty lekko pożółkłej, lnianej koszuli. Nogawki mocno przetartych spodni skrywały się w cholewach wysokich butów. Przy pasie, z prawej strony, wisiał długi nóż, zaś lewej, kołczan z tuzinem strzał o czarno-żółtych lotkach.

            Mężczyzna zatkał bukłak korkiem, po czym skierował swoje kroki w stronę wodospadu. Zatrzymał się i uważnie przeczesał wzrokiem okolicę. Opuścił wzrok i zaczął czegoś szukać. Czegoś, co skrywało się wśród traw. Po chwili podniósł z ziemi jeden kamień i cisnął nim w wodospad. Ściana wody jęła się burzyć i rozstępować pod naporem drewnianej konstrukcji wyłaniającej się z wnętrza skały. Smołowane deski dachu przyjmowały na siebie napór wody rozrzucając ją na dwie strony i odsłaniając wcześniej niewidoczne dla oka schody wykute w skale. Na końcu stopni znajdowała się drewniana brama wzmocniona żelaznymi okuciami. Wędrowiec ruszył w stronę schodów. Kiedy wspiął się na ostatni stopień uderzył kilka raz pięścią we wrota. Rozległ się metaliczny chrzęst i drewniana konstrukcja skryła się za ścianą wodospadu, a otocznie po chwili znów nabrało swojego magicznego, niczym nie zmąconego uroku.

            Ciężko uwierzyć w to, że zaledwie dzień drogi dzieli to miejsce od czarnych niczym smoła Gór Cienia. Miejsce będące schronieniem ludzi, którzy od pokoleń walczyli i ginęli po to by ich rodacy mogli spać spokojnie. To miejsce było i będzie ich domem. Domem Strażników Ithilien – Henneth Annûn.